hipokryta, hipochondyk, hipopotam

blog Mihała to miejsce zwykłe

miejsc zwykłych jest dużo

niedziela, 27 stycznia 2013

klakiery


Od kilku tygodni spokoju nie daje mi jedna myśl. Przy całej mojej wielkiej refleksji o szczęściu oraz towarzyszącym jej zmianom, zastanawia mnie rola osób trzecich. Dość oczywistym wydaje się, że przyjaciele wspierają. Dalej, że wyrazy wsparcia, uśmiechy, słowa otuchy, gratulacje, pozytywne sygnały wysłane smsem, fejsbukiem, wypowiedziane wprost – to wszystko z założenia dobre i pomocne znaki. Tylko mój często-komplikujący-wszystko umysł dostrzegł w tych wszystkich zachowaniach nowy jakościowo dla mnie element. Coś, co wynika z kilku rzeczy, a jednocześnie jest chyba naturalne. Spora część moich relacji opiera się o stosunek opiekuńczości. Mihał z racji swojej niepełnosprawności, częstych problemów z finansami, rozterek sercowych (czytaj dużej ilości koszy/ów?), depresyjnych nastrojów czy zawiłych stosunków rodzinnych (biologicznych) wiecznie potrzebował i potrzebuje pomocy. Wiem, że sam często stawiam się w takiej sytuacji. Wiem też, że nie łatwo się z tego wyplątać. Do tego wszystkiego zazwyczaj nie mam wyboru i korzystam z pomocy. Zazwyczaj też nie ma nic złego w przyjęciu pomocy. Tylko to wszystko jest na razie na takim poziomie, który odkryłem już dawno i z którego akceptacją nie miałem nigdy problemu. Gdyby nie ogrom pomocy, pewnie dałbym rady znaleźć się tu, gdzie jestem i już dawno zapijałbym mordę w starej kamienicy w Szczecinie. Tylko jest „ale”.

Usłyszałem na wykładzie o „Piętnie” Goffmana. I o tym, jak w interakcjach z osobami z widocznym piętnem często pozwalamy sobie na więcej niż w tych „równych”. Zrozumiałem, że mój brak ręki pozwala na wejście mi na głowę. I z tego wynikają wszystkie kasjerki, które pytają o brak przedramienia, wszystkie wyrazy sympatii od obcych ludzi na ulicy i chyba też trochę moje bardziej złożone znajomości. Skrajnym przykładem jest syndrom matki Teresy, którego bardzo często zdarza mi się doświadczyć. W 90% przypadków, gdy dostaję kosza, dostaję również zapewnienie o bezwarunkowej chęci bezinteresownej pomocy. W połowie z powyższych obrywam jeszcze stwierdzeniem, żebym „nie pomyślał sobie, że to przez to, że nie mam ręki”. I mi wtedy wszystko opada. Diametralnie odwracają się moje emocje wobec takiej osoby i osąd wkracza na ścieżkę frajerstwa. Trochę podobnie jest z moim widzeniem fali klaskania. Wszyscy dookoła Mihałowi klaszczą, bo Mihasiowi się w końcu od życia coś należy, bo wszyscy chcą, by Mihaś miał dobrze, prawie na siłę był szczęśliwy. Ułamek niemal wymaga ode mnie jakiś zachowań czy decyzji, bo opieka łatwo przeradza się w tyranię. 

Problem zaczyna się już we mnie. Pozwalam sobie na głowę wejść. Updejtując wciąż o swoich pasmach porażek życiowych i mówiąc głośno o swoich sukcesach, niemal zachęcam do zajmowania stanowiska. Fejsbuk, blog czy niekończące się mówienie o sobie i niewiele więcej potrzeba. Chcę samodzielności, muszę ją zacząć od siebie. Wręcz od takich prostych spraw jak język którego używam.

Mam wrażenie, że za tym klaskaniem nic nie stoi. Że wszyscy twierdzą, że Mihał jest super. I ja wiem, że jestem super. Tylko ciągle coś nie działa, nie idzie do przodu, nie zaskakuje i jest nieobecne. Bo co mi po tym, że facet dający kosza stwierdza na koniec, że jestem inteligentny, wrażliwy, fajny, błyskotliwy, wyjątkowy i mam magiczne oczy? Ja to wszystko wiem.

sobota, 26 stycznia 2013

kwaśne szczęście


Z początkiem stycznia postanowiłem być szczęśliwy. Choć brzmi to jak tytuł amerykańskiego poradnika, naprawdę uwierzyłem, że tak będzie. W trzy tygodnie moje depresyjne życie odmieniło się o 180 stopni: zacząłem pracę (de facto miałem do wyboru trzy (!) różne oferty), poznałem bardzo interesującego faceta, zakończyłem toksyczną znajomość, byłem w Szczecinie po ponad 1,5 roku nieobecności, pierwszy raz jeździłem na nartach w Białce Tatrzańskiej, chodziłem na basen, zacząłem dobrze sesję, Radwańska wygrywała 13 spotkań z rzędu itp., itd. Żyłem w równoległej rzeczywistości, wierząc i wiedząc, że to słuszne, prawdziwe i moje, i że Mihał jest nowy. Dostałem około 5-6 wiadomości od znajomych bliższych czy dalszych, że się bardzo cieszą, że lubią uśmiechniętego Mihała, że gratulują i oby tak dalej. I mi to też się podobało –mój uśmiech był szczery, a poziom endorfin sięgnął chyba jakiegoś drugiego sufitu. Symbolicznie można to rozpatrywać w kontekście zmiany daty i twierdzić, że rok 2013 jest rokiem mihałowym. Dorzucić do tego można, że „było już tak źle, że w końcu musiało być lepiej”. A podsumować wciąż przeze mnie nieuznawanym, że to „wszystko zależy tylko ode mnie i jeżeli założę, że będę szczęśliwy, to będę szczęśliwy”. Cokolwiek to znaczy.

Uświadomiłem sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, że bycie szczęśliwym – bez względu na fakt czy chodzi o bycie szczęśliwym czy wmówienie sobie, że jest się szczęśliwym – jest bardzo męczące. Praca, studia, baseny, imprezy, wyjazdy, spotkania, telefony, dojazdy, kaweczki, książki, filmy – to wszystko dobrze wygląda na fejsbuku. W rzeczywistości czuję, że jestem cieniem samego siebie. Od 10 dni nie spałem dłużej niż 5 godzin, spędzam po 16 godzin poza domem, nie mam kiedy zjeść ciepłego posiłku, jestem wypryszczony, wybladzony i mam gigantyczne wory pod oczami. Łatwo stwierdzić, że marudzę, tylko że na bilans energetyczny niewiele jestem w stanie poradzić. Gdy zaraz po powrocie z gór dostałem kosza, opadł entuzjazm i wyszło wycieńczenie... Po drugie, nie podoba mi się to, że wymaga się ode mnie bycia szczęśliwym. Ten cały feedback, że nowy Mihał jest super zakłada, że stary Mihał super nie był. A przecież ten stary Mihał to ja. Nie wiem, czy nowy Mihał to ja. Nie wiem, czy nowy Mihał zagościł na stałe. Nie wiem, czy obecna sytuacja da mi poczucie szczęścia, czy po prostu z racji bycia świeżą, zwyczajnie cieszy, bo nie nudzi. Chciałbym zachować ostrożność. Mam świadomość, że to nie może być dotknięcie czarodziejskiej różdżki i że ot tak z dnia na dzień będę rzygał tęczą. Naprawdę się staram w tym wszystkim odnaleźć i ustabilizować.

A z Radwańską, którą chyba mogę nazwać swoją idolką, to mój los się w ogóle związał. Bo kosza dostałem tego samego dnia, którego Agnieszka przegrała w ćwierćfinale AO z Li Na. I tak jak ona nie poddam się.

Zaczynając pisanie tej blotki, miałem na nią zupełnie inny pomysł. Ale to już osobna historia.

niedziela, 13 stycznia 2013

wielkie, owłosione, hobbickie stopy


„Hobbita” czytałem po raz pierwszy, gdy miałem jakieś 14 lat. Była to nasza lektura szkolna w piątej czy szóstej klasie. Było to też moje pierwsze zetknięcie z Tolkienem, ale niepierwsze z elfami, krasnoludami i światem jak ja to mówię „średniowiecznego fantasy” (dla odróżnienia od „kosmicznego fantasy”). Dość łatwo wciągnąłem się w klimat i lekko zafascynowałem Śródziemiem. Przeczytałem „Władcę Pierścieni”, „Silmarillion” i inne. Kilka razy na przestrzeni lat (i wieków) wracałem do niesamowicie przemyślanego, wielowątkowego i uprawdziwionego świata, który żył w mojej głowie dzięki książkom, a z czasem połączył się z obrazami Jacksona. Gdy obejrzałem „Władcę”, a całą trylogię widziałem chyba z pięć razy, wiedziałem, że prędzej czy później (i chyba wyszło, że później) nakręcą „Hobbita” w pasującej i adekwatnej wersji. Zawsze miałem poczucie, że go brakuje z taką samą scenografią, mniej więcej zbliżoną obsadą i nawiązaniami fabularnymi.

Wiedząc, że film jest dystrybuowany w polskich kinach w 5 (?) wersjach, z premedytacją wybrałem opcję z napisami w 2D i normalnej prędkości klatek. Po części bo taniej, po części, bo się bałem eksperymentów, po części, bo naprawdę nie przepadam za 3D oraz zwyczajnie nie lubię polskiego dubbingu. Zaskoczyłem się pozytywnie. Nie odczułem tych prawie trzech godzin, prawie nie miałem poczucia, że coś jest przeciągnięte. Bardzo do gustu przypadła mi zarówno sielankowa część, jak i te akcyjno-bijatyckie. Nie byłem pewny tytułowego aktora, wciąż mam w głowie scenę, gdy masuje cycki Judy w „Love Actually”, jednak nie rozczarował – tak właśnie widziałem Bilbo czytając książkę. Po Gandalfie widać mocno, że się postarzał, natomiast prawdziwym majstersztykiem okazali się krasnoludzi. To zupełnie jak w „Śnieżce i Łowcy” – krasnoludki były najjaśniejszym punktem. Doskonale ucharakteryzowani, zróżnicowani, zindywidualizowani – rewelacja! Cieszy mnie dodanie kilku elementów fabuły, które ułatwiły odbiór i rozszerzyły, wytłumaczyły wydarzenia „Hobbita” i „Władcy”. Rozumiem jednak, że osoby nie będące znawcami czy fanami gatunku mogły odnieść wrażenie zbyt długiego czekania, aż w końcu drużyna wyruszy z najdłuższej kolacji, jaką pokazywano w filmie.

Oczywiście przyznaję się, że tego dnia miałem tak dobry humor, że prawdopodobnie każdy film, który bym obejrzał, wywołałby u mnie zachwyt. A jak już o zachwycie – trailer „Nędzników” jest naprawdę udany. Taki dokładnie spełniający swoje funkcje i do tego jeszcze piękny.

Naprawdę chcę chodzić do kina częściej. Z tego co pamiętam, w 2012 byłem na filmie „tylko” siedem razy: trzeci „Batman”, nowy „Spiderman”, „Prometusz”, „Skyfall”, „The Avengers”, „Madagaskar 3” i „Śnieżka i Łowca”. Mam szczerą nadzieję i chyba większe możliwości finansowe, by kina odwiedzać częściej – przez pierwsze dwa tygodnie 2013 już mi się udało zobaczyć dwa obrazy.


sobota, 12 stycznia 2013

zużycie materiału


W poprzednim blo wspomniałem o wnioskach szczecińskich. W czasie czterodniowej sielanki u babci miałem dużo czasu, by jeść, spać i układać myśli w głowie. To miało raczej taki charakter porządkowy i regeneracyjny. Wiem, że za dużo myślę i starałem się pilnować, by nie popaść w przesadne urefleksyjnianie. O ile konkretne cele na 2013 miałem ustalone już dość dawno, o tyle jedna mniej namacalna rzecz wykrystalizowała się w Szczecinie. Od ponad pół roku „katowałem się” przeświadczeniem, że jestem udręką dla swojego otoczenia. Że moja depresja jest dla innych męcząco. Albo z racji bycia już nudną, powtarzalną, oklepaną lub też z powodu niemocy mi pomożenia. I to było dla mnie całkowicie oczywiste i zrozumiałe. Tylko tak chodząc po Szczecinie w deszczu, pod wiatr i ponad 500 km od mojej codzienności, uświadomiłem sobie prostą zależność. Ja też jestem zmęczony. Lub ogólniej, ja też mam prawo być zmęczony. Docierały do mnie elementy układanek, ciotodram, chcianych i niechcianych newsów. O ile rozumiem, bo w końcu jest częścią swojego półświatka, o tyle pchnęło mnie to ku stwierdzeniu, że Warszawa mnie zmęczyła, że zmęczyły mnie układy, niektóre znajomości,  że zużył się materiał. Przez cały 2012 rok fizycznie poza Warszawą byłem jedną noc (Zielonkę czy Piaseczno wliczam do Warszawy dla uproszczenia), to symboliczne minięcie granicy miasta dużo dla mnie znaczy. Zdrowo jest raz na jakiś czas zupełnie zmienić otoczenie – od budynków po ludzkie twarze. I ten wyjazd do babci mi to pokazał.

Przebłyski tej myśli miałem jeszcze przed świętami. Gdy obwieściłem na fejbuku, że znalazłem pracę, nastąpiła fala lajków i pochlebnych komentarzy. Dostałem jednak wiadomość prywatną, która mnie mocno zaskoczyła. Znajomy napisał mi, że zdaje sobie sprawę, że słabo się znamy, ale chciałby wiedzieć, gdzie dostałem pracę. Grzecznie odpisałem. A on stwierdził, że widzi, że to poważana sprawa, a to że tak długo nie miałem zajęcia i pisałem o tym głośno, sprawiało mu swego rodzaju przyjemność. Domyślam się, że chodziło o wspólnotę losów czy pocieszanie się, że ktoś ma równie źle lub gorzej, ale nie wnikałem w szczegóły. Jeszcze gdzie indziej, pod którymś moim depresyjnogennym statusem, który, jak to często bywało, zebrał kilka lajków osób, które lubią, gdy jest mi źle, niewinna duszyczka odezwała się i stanęła w „mojej obronie”. To wtedy pomyślałem po raz pierwszy, że też jestem już zużytym materiałem.

W relacjach z innymi brakuje mi rezolutności. Z racji różnych czynników jak długi, mój niski status majątkowy, moja niepełnosprawność, moja charakterologiczna skłonność do ulegania i bycia zależnym rzadko głośno stawiam na swoim. Mam plan i nadzieję, że 2013 to zmieni. Że ja to zmienię.

I nie piszę tego w złej wierze. To raczej pierwszy krok owej rezolutności właśnie. Zwykłe nazwanie zjawiska mającego przecież miejsce, to pierwsza próba oswojenia.

niedziela, 6 stycznia 2013

512 km od domu


Wyjazdy na Pomorze Zachodnie nie należą do łatwych. Chyba nigdy nie należały. Może ten pierwszy po rozpoczęciu studiów w Warszawie był inny, bo de facto w nieznane, myślałem, że będzie podobny do wyjazdów na święta, które wielu ludzi odbywa tak często. Ostatni raz w Szczecinie byłem w czerwcu 2011, 18 miesięcy temu. Oczywiście w międzyczasie były setki pomysłów i okazji by jechać na święta, na weekend, na urodziny, na cztery dni, do babci, do przyjaciół. Ale nie. Brakło chęci, motywacji, zacięcia i przede wszystkim pieniędzy. Mimo moich wielkich zniżek kolejowych (które znikną 27 marca 2013) to i tak zawsze jest dużo złotych. Gdy dostałem pracę i wiedziałem, że 15 stycznia stanę się biurwą, postanowiłem jeszcze przed jej rozpoczęciem odwiedzić rodzinne miasto na kilka dni. Wszystko ładnie zgrało się czasowo i 2 stycznia wsiadłem w pusty pociąg nad Odrę. Stresowałem się bardzo. Dwie noce przed wyjazdem nie mogłem spać. Próbowałem nie planować i nie wybiegać za bardzo w przód. Naturalnie kilka osób pytało, sugerowało spotkania, ale postanowiłem ze wszystkim wstrzymać się do samego już w Szczecinie pobytu. I tak w ramach wolnego czasu oraz chęci robić i spotykać się z bliskimi i dalszymi. Tak też się udało. Część rodziny czy znajomych nie dowiedziała się, że odwiedziłem Pomorze, a z niektórymi spędziłem dużo czasu. Gdyby nie to, że całe cztery dni padało, wiało, było odczuwalnie zimno (bo faktycznie niekoniecznie), pewnie zrobiłbym więcej. Ale dużo spałem.

Po pierwsze zmienia się miasto. Od nowych budynków w centrum, inne tablice z nazwami ulic, pomalowane bloki, nowe wielkie centrum handlowe, po inne i nowe trasy autobusów i tramwajów (w tym nowy cennik biletów). To od razu uświadomiło mi, jak bardzo to już niemoje miejsce. Owszem śledzę nowinki na szczecińskich stronach z niusami, ale to nie to samo. Po drugie, jak zawsze przekonuję się, że większa część Szczecina to obszar do przejścia pieszo. Bardzo rzadko używam komunikacji miejskiej, wszędzie w dość krótkim czasie przemieszczam się na nogach i warto wiedzieć wtedy, że plan centrum opiera się na gwiaździstych rondach, co często potrafi skrócić drogę. Po trzecie, miałem sporo czasu, by odespać, podreperowałem też się na babcinych obiadkach i mogłem spokojnie poukładać kilka rzeczy w głowie. Poskutkowało to kilkoma wnioskami, czymś na kształt postanowień, ale o tym w osobnym miejscu. Chwilę byłem w Niemczech, zaliczyłem mszę i chrzciny (ostatni raz w kościele byłem w sierpniu 2011 też na chrzcie).

Zupełnie nie wiem, kiedy ponownie pojadę do Szczecina. Obiecałem przyjaciółkom i babci, że szybciej niż za kolejne 18 miesięcy. Lubię tam jeździć, gdy nie ma świąt, tłoku w pociągach i jest trochę cieplej. Może najbliższa wiosna?

I korzystając z okazji wspomnę po raz tysięczny. Szczecin nie leży nad Morzem Bałtyckim. Do morza jest 100 km (drogą), jakieś 72 km (w linii prostej). A granica polsko-niemiecka jest na Nysie Łużyckiej i Odrze z odchyleniem do 30 km w rejonie miasta Szczecina.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

pierwsze uroblo


Jeszcze dwa tygodnie temu sądziłem, że napisanie ostatniego blo w 2012 będzie łatwe. W końcu ten rok był kiepski, trudny, męczący, gorszy niż 2011 i cieszyłem się, że się kończy przy jednoczesnej obawie, że zgodnie z tradycją następny będzie straszniejszy. Wszystko zmieniło się, gdy dostałem pracę. I tak z pięciu największych przedsięwzięć 2012 roku udało mi się zrealizować lub być zaawansowanym w realizacji trzech: znalazłem pracę, naprawiłem zęby, regularnie uprawiam sport. To więcej niż 50%, więc chyba rok był jednak udany? Czy nie? I tu tkwi paradoks. Z całą masą depresji, ciotodram, problemów finansowych, rozterek sercowych i izolacji, finisz jest jednak pozytywny. I jeszcze do końca nie wiem, jak to się wszystko dzieje, jak mam się w tym odnaleźć i jak dobrze napisać niniejsze blo z nowej perspektywy. Jeżeli chodzi o plany na 2013 to kilka ich mam: chcę w końcu zacząć uczyć się portugalskiego, tak po prostu dla siebie mam taki zamiar; chcę (i muszę) napisać magisterkę; chcę zacząć spłacać mój ostatni (i największy) dług poerasmusowy jeszcze; chcę nauczyć się w końcu pływać kraulem i robić ładne nawroty; nie chcę stracić pracy; no i oczywiście chcę księcia z dużym koniem.

A dziś wypadają też pierwsze urodziny blo. Zasadniczo utrzymanie pisania też mogę wymienić w pozytywnych aspektach kończącego się roku. Przez te 364 dni na bloga zajrzano ponad 12 tysięcy razy, pojawiło się na nim 120 wpisów i 113 komentarzy. Jeszcze poprzedniej zimy zmieniła się formuła z codziennych blo na takie bardziej dwa-raz w tygodniu. Obecnie staram się publikować raz w tygodniu, głównie w weekend. Chciałbym Wam podziękować, że czytacie, że komentujecie, że lubicie i że krytykujecie. Bo to mimo wszystko dość ważny aspekt mojego blogowania. Nadal mam problem ze świeżymi tematami, ale jakoś udaje mi się raz w tygodniu wpaść na topic. Blo przyniosło mi wiele dobrego, ale też i trochę złego. Tu należą się pozdrowienia moim fanom oraz bardzo serdeczne uściski dla mojej poprzedniej pracy!

Mam ambitny plan pójść z przyjaciółką na trzy imprezy. O ile nie przepadam za sylwestrem, uważam, że to bardzo trudna impreza i już martwię się o zarzygane tłumy na mieście, chcę mieć dziś fun. Więc będę miał.

Życzę Wam, byśmy ze sobą wytrzymali kolejny rok. Wiem, że to ze mną niełatwe, ale ufam, że się nie poddamy. No bo po co?

poniedziałek, 24 grudnia 2012

24, 25 i 26 grudnia


Święta to taki temat, że już sam nie wiem, jak do niego podejść. Cokolwiek bym robił, cokolwiek mówił czy myślał, nie uniknę tego,  że święta są. W tym roku pierwszy raz udało mi się bardzo odwlekać w czasie fakt, że oto rodzi się Jezus. Mało mówiłem i pisałem o świętach, nie przeżywałem, że są, że idą, że co ja znowu zrobię. A wszystko przez brak pracy i bycie w ciągłych procesie rekrutacji. Gdy tylko pojawiało się znienawidzone pytanie o to, co robię w tym roku na święta, czy jadę do Szczecina, odpowiadałem, że wciąż nie wiem, bo czekam na odpowiedzi z kilku procesów rekrutacji. Ostatecznie pracę dostałem w czwartek 20 grudnia i od piątku mogłem skupić się na planowaniu świąt, sylwestra, nowego roku i wolnego pomiędzy nimi. Ale to była ściema. Od dawna wiedziałem, że nie pojadę do Szczecina. Po prostu korzystając z okazji, unikałem tematu. To już czwarte święta bez rodziców. W tym raz byłem w Madrycie, a raz JP też została w Warszawie, więc nie byłem fizycznie sam w domu. Czy się nudzę? Niezupełnie. Może i mało dzieje się w Internecie, ale zawsze z kimś się pogada, nadrobi filmy, książki, a i o spotkanie wcale nie tak trudno, bo jednak kilka procent znajomych pochodzi z Warszawy.

Sporo moich znajomych twierdzi, że mi zazdrości. Bo nie muszę pakować się w zapchany pociąg, nie muszę jeść rzeczy, których nie chcę, nie muszę siedzieć trzy dni przy stole z osobami, które są mi co najmniej obojętne lub de facto obce, gdyż widywane raz w roku. Z jednej trony współczuję tym, którzy naprawdę jadą, bo muszą, bo tak trzeba. Kończy się tym, że już o 18-19 piszą na fejsbuku, że kolacja odbębniona i czatują w swoich rodzinnych miejscowościach na okazję, by wyjść z domu. Z drugiej strony sam im zazdroszczę. Bo mają plan na święta. Nie muszą się zastanawiać, mają wszystko z góry ustalone. Czasami naprawdę chciałbym mieć takie normalne, zwykłe, odbębnialne święta.

I zawsze nie wiem, jak poprawnie zachować się w obliczu życzeń. Najczęściej po prostu dziękuję lub odpowiadam „wesołych świąt”, lub „nawzajem”. Staram się tego unikać, bo ani one wesołe, ani rodzinne, ani jakoś specjalnie inne niż piątek przed lub czwartek po. Najbliżsi wiedzą, by nie składać lub tak dobierają słowa, by były neutralne. W ogóle poprawność polityczna powoduje, że np. na planetromeo można zostawić komuś ślad taki chrześcijański, taki żydowski i taki niby neutralny, że wesołej zmiany pór roku…

To nieprawda, że święta cieszą tylko w rodzinie. Wręcz zbulwersowała mnie kampania społeczna z sierotami na plakatach. To jakaś totalna bzdura. To jedna z opcji, ale żeby od razu jedyna?

niedziela, 16 grudnia 2012

brak tematu to temat


To wcale nie jest tak, że z tematami na blo nie mam żadnego problemu. Na początku było wiele spraw, które siedziały mi w głowie i łatwo chciały przelać się na „papier”. Z czasem tematy zastane się kończyły, a dominować zaczęły temat ad hoc, które zaobserwowałem, wymyśliłem i zanotowałem w  jednym z niewielu plików na pulpicie pt. „tematy na blo”. Większość z nich doczekała się już realizacji, a w między czasie doszły recenzje filmowe, akuratne wydarzenia apropos mojego nieznajdywania pracy i rosnących obaw o jutro. Czasem temat spada na mnie jak piorun, bo akurat zobaczyłem coś w autobusie, a czasem mam pomysł lub plan, z którym muszę poczekać do konkretnej daty, by wpis miał sens i kontekst. Czasem pisanie blo zajmuje 10 minut, a czasem 3 dni poprawiania, przerywania, wracania do rzeczy po dłuższej przerwie.

Dzieje się wiele dużych wydarzeń. Ktoś mógłby pomyśleć, że mogę napisać np. o masakrze w amerykańskiej szkole. Tylko o ile jest to wstrząsająca sytuacja i również u mnie postawiła pytanie o sensowność posiadania broni, nie czuję się na tyle zaangażowany, by poświęcać temu wpis. Naturalnymi grudniowymi tematami są święta, zima i koniec roku. Z pewnością pojawi się w końcu blo o moim poglądzie na święta oraz takie, co podsumuje 2012, a jednocześnie będzie swego rodzaju uczczeniem pierwszych urodzin bloga. Tylko, że to w swoim czasie, nie jestem zwolennikiem przełączania się na atmosferę świąt już 3 listopada. W tym co piszę, kluczowy jest wyraz „mój”. To jest i musi być „mój” temat. Nie wyobrażam sobie pisać o czymś, o czym nie mam zdania lub tylko dlatego, że jest to jakoś obiektywnie ważne, ale jednocześnie mnie szczególnie nie dotyczy lub nie obchodzi. Nie oszukujmy się, że trzeba i że w ogóle da się mieć zdanie na każdy temat. To jak z lubieniem i byciem lubianym przez wszystkich. Można próbować, ale po co?

Notką która najdłużej czekała na liście tematów na swoją realizację, była ta o kupie. Koniec końców miała dość znaczący odzew. I to mnie cieszy.

A czy są jakieś pomysły lub pytania do mnie? Takie coś jakby (używam słowa „jakby” z dedykacją) sprawy dla wyroczni lub może jakieś niejasności. Bo ile nie mam zapędów na prawdy uniwersalne czy objawione, to wiadomka – chętnie się wypowiem.

niedziela, 9 grudnia 2012

bez komputera jak bez ręki



Jeżeli miałbym podać przykład sytuacji, w której stwierdzenie, że dopiero po stracie czegoś, dostrzega się, jak bardzo owo coś było ważne i jak źle bez tego czegoś jest, byłaby to awaria komputera. A taka spotkała mnie w ostatnich dniach. Na początku pojawiły się problemy z ładowaniem, potem stan pogarszał się i coraz mniej kombinacji ułożenia kabla gwarantowało zasilanie komputera. Ostatecznie po niecałym tygodniu od zauważenia uchybień mojemu laptopowi stanęło serce. Gdy jeszcze trzymał się życia resztkami sił i stał się nieruchomym meblem, powoli docierało do mnie, jak trudna może okazać się próba interwencji. Pełen obaw o każdą kolejną godzinę użytkowania laptopa, uświadamiałem sobie, co to może w praktyce oznaczać. Bez kasy na naprawę, bez znajomych, którzy zajmują się technicznymi sprawami. Do tego komputer to nie tylko komputer, to też telewizor, odtwarzacz, kalendarz, zeszyt, Internet i wiele innych. Bez tego zostało leżenie i patrzenie w sufit. Naturalne wtedy wydaje się twierdzenie, że przecież są książki, są znajomi, są spacery… ale tak serio-serio, kto w to wierzy? Oczywiście można przeczytać książkę, oczywiście można pójść na basen, można pójść na kawę, ale to i tak zostawia mnóstwo niezagospodarowanego czasu, który w normalnych okoliczności przeznaczony jest na siedzenie przed komputerem czy tam leżenie z laptopem.

Do tego oczywiście dochodzi szukanie pracy, którego przecież nie robi się już papierowo. Studiowanie to też praca z komputerem. Od zeskanowanych tekstów na zajęcia, przez notatki z wykładów w formie online, po zadania domowe na warsztaty z SPSS. I gdy komputer ostatecznie wyzionął ducha i poszedł na dwie doby do szpitala, zastanawiałem się, jak wyglądało życie, gdy nie było komputerów. Co wtedy robili ludzie takimi zimami, jak się wtedy studiowało? Nic dziwnego, że była wtedy większa dzietność. Z jednej strony przyznaję, że byłem w stanie spokojnie zrobić wszystkie rzeczy zaplanowane na dany dzień (dzień bez komputera) i nie musiałem się spieszyć, bo i tak nie mogłem sprawdzić w domu fejsa, a w dodatku zostało mi mnóstwo wolnego czasu na nie-wiadomo-co-robienie. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie tego na dłuższą metę, brakowało mi fejsbuka, brakowało mi informacji, brakowało mi kalendarza, dostępu do rachunku bankowego, moich notatek z wydatków, muzyki, seriali, nawet przedurnych ogłoszeń o pracę. Ktoś powie, że teraz to wszystko jest przecież w telefonie. Ale mój Huawei należy jeszcze do poprzedniej epoki, a w dodatku ma wybornie pęknięty ekran. 

Po na szczęcie nie najdroższej wymianie doku ładującego laptop jest już w domu i znowu możemy się przytulać. Po prostu kocham mój komputer i nie umiem bez niego żyć.

Bezcenna jest wiedza, że technicy naprawiający laptopa obejrzeli moje filmy (w tym porno), zdjęcia z urodzin, materiały ze studiów. Mam nadzieję, że trafiłem w ich gusta.

niedziela, 2 grudnia 2012

poziom frustracji


Z miesiąca na miesiąc obserwuję u siebie sporą zmianę jakościową. Czuję, że wszedłem już w fazę, gdy frustracja napędza frustrację. Wiele z pozoru niezależnych czynników występuje od dłuższego czasu razem i powoduje u mnie stan ciągłego napięcia. Znowu nie mam na nic siły, znowu nie mogę spać, a jak już zasnę, nie mogę wstać. Nie mam ochoty się uspołeczniać, wychodzić z domu, nie umiem się cieszyć dobrymi nowinami innych, a absurdem totalnym jest już to, że wkurzają mnie radosne wpisy na fejsbuku. Bo mam w głowie rozdwojenie jaźni. Z jednej strony jestem załamany, smutny, zły i bezsilny, bo nie mam pracy, nie mam kasy, nie mam ręki, jestem zazdrosny i ciągle naburmuszony, a do tego zwyczajnie nie mam się do kogo przytulić. Z drugiej strony wiem, że to niekorzystne, wyniszczające i donikąd-nie-prowadzące, zatem w przebłyskach formy uśmiecham się, żartuję, chemicznie nastrajam się pozytywnie basenem, zmuszam do uspołeczniania, staram się prowadzić pozytywną narrację fejsbukową. I jest to bardzo fałszywe. Formy odreagowywania tego stanu to pływanie, masturbacja, alienacja i niekontrolowane napady płaczu, które ponownie zaistniały w moim życiu. Tylko to wszystko razem w moim przypadku jest bardzo męczące. Chudnę, nie mam na nic siły, nie widzę już sensu nawet w najdrobniejszych działaniach.

Czymś co zdecydowanie nie pomaga jest presja. Mam poczucie, że w moim otoczeniu funkcjonuje przekonanie, że sam jestem sobie winien obecnej sytuacji. O ile ma to naturalnie ziarno prawdy, o tyle stanowi dla mnie fakt bardzo krzywdzący. Moja babcia jako jedyny zainteresowany mną członek rodziny w sensie biologiczno-społecznym oraz część grona przyjaciół, którzy są moją rodziną w sensie funkcjonalnym, mniej lub bardziej stanowczo twierdzą, że sam sobie zgotowałem ten los i pretensje mogę mieć tylko do siebie. To rodzi kilka kwestii. Po pierwsze, to dla mnie zrozumiałe pójście na łatwiznę – jak nie umiemy/nie chcemy nic zrobić, zwalamy na „coś”. Po drugie, fragmentarycznie zgadzam się, że dałem ciała w ujęciu amerykańskiego „jestem panem swojego losu”. Po trzecie, naprawdę rozumiem, że moje otoczenie jest bardzo zmęczone moim narzekaniem. Tak samo jak mi, tak też moim bliskim nie na rękę jest, że nie mam pracy, nie stać mnie na kawę, na wspólne zakupy, wyjazd na wakacje, a do tego ciągle nie mam humoru, bo się wszystkim martwię, nie chcę się spotkać, ani wyjść do klubu. Po czwarte, będę mimo wszystko upierał się, że nie do końca wszystko leży w mojej ręce. Jest wiele istotnych kwestii, których zwyczajnie nie przeskoczę. Od braku przedramienia począwszy po fakt, że nie skończyłem uczelni technicznej czy ekonomicznej.

Dlatego się nie narzucam ze swoim towarzystwem. Unikam pytań „co słychać?”, unikam spotkań „po latach”, nie lubię każdemu z osobna opowiadać ciągle swojej smutnej historii, w której wszystko od sierpnia wygląda dokładnie tak samo.

I naprawdę nie oczekuję cudu. Nie oczekuję też rad. Nie czekam na zaproszenie na święta. W zasadzie nie spodziewam się innej reakcji, niż westchnienia, że Mihał znowu pierdoli.