hipokryta, hipochondyk, hipopotam

blog Mihała to miejsce zwykłe

miejsc zwykłych jest dużo

niedziela, 28 lipca 2013

zukuri


Naoglądałem się już dużo filmów o superbohaterach. Zdecydowana większość z nich to reprezentanci drogiego, bo drogiego, ale jednak kina klasy B. Do X-Menów mam słabość z racji oglądanej bajki na Fox Kids w dzieciństwie. Niedawna trylogia i zaraz po niej puszczony „first class” były w porządku, ale nie powalały. Geneza Wolverine’a wyjaśniła i wprowadziła w historię jednego z najbardziej znanych, lubianych i ciekawych członków składu Xaviera. Nie ukrywam, że nastawiłem się wymagająco przed obejrzeniem najnowszego dzieła z wytwórni Marvela. Dwie największe stajnie superherosów w USA: Marvel i DC Comics toczą odwieczną wojnę o prym. Osobiście bliżej mi do Marvela – Spiderman jest one and only, X-Meni, Iron Man, nawet Hulk. W zeszłym roku zwycięstwo w kinie odnieśli Avengersi, w tym nie do przebicia jest nowy Superman, jednak nie uważam, że Wolverine pozostaje w tym starciu bez szans. „Wolverine” nie jest zwykłym mordobiciem, a jednocześnie nie sili się na wielki uduchowiony dramat na poziomie „Człowieka ze stali”. Ok – Logan walczy z duchami przeszłości, ucieka, ma wizje, a nawet sen we śnie, ale tylko raz podczas całego filmu miałem poczucie znużenia. Zaraz po seansie stwierdziłem, że film mi się podoba, a na drugi dzień to już byłem bliski zachwytu.

Jeżeli lubisz Tokio czy szerzej kulturę Japonii, a jednocześnie Twoja wiedza nie wykracza poza przekaz masowy i stereotypy – ubawisz się jak małe dziecko. Są neony, dziwne przejścia dla pieszych, love motele, superszybkie pociągi, technologia jutra, świątynie i kimona, tradycyjny sposób „zarządzania rodziną”, yakuza, japoński kompleks broni jądrowej i przegranej wojny, spanie na podłodze, domy z papieru i wyglądające na surowe jedzenie. Film ten ku mojemu zaskoczeniu praktycznie cały dzieje się w Japonii i grają w nim prawdziwi Japończycy. Wisienką niezaprzeczalną jest będący kwintesencją męskości Jackman. Przystojny, zbudowany jak bóg, śmieszny, waleczny, niebezpieczny Australijczyk jest idealny do tej roli. Obraz nie męczy odrealnionymi pojedynkami, a to miła odmiana po kilku nawalankach w podobnych filmach. Scena ze strzałami na sznurkach jest wręcz piękna. I jak przy każdym filmie Marvela – polecam zostać do-prawie-końca napisów.

Jedynie motyw walki na jadącej japońskiej torpedzie jest trochę przesadzony. Pojedynek Dra Octopusa ze Spidermanem na pociągu metra to arcydzieło. Tutaj było już momentami wręcz komicznie.

A gdy Loganowi obcinali szpony, aż mi się słabo zrobiło. Bardzo nie lubię pozbawiania „kończyn”. Oj bardzo.


niedziela, 21 lipca 2013

studenty potworne


„Potwory i Spółka” to jedna z moich 3-4 ulubionych bajek. Pełny metraż z 2001 roku widziałem kilkanaście razy, a Mike Wazowski należy do jednej z niewielu postaci, które mnie w życiu jakoś inspirują. Aż 12 lat musiałem czekać na kolejny show straszenia. Wydaje mi się, że już w 2012 były krótkie trailery nowych Potworów. Później na pewno zastosowano w nich ciekawy zabieg umieszczenia sceny, której nie ma w samym filmie. To miłe zaskoczenie, gdy okazuje się, że zapowiedź nie opowiada całej fabuły i nie wystarczy zamiast filmu, by mieć całkiem słuszne przekonanie, że się film zna. „Monster Inc.” miały tego pecha, że w szranki o Oscara dla najlepszego filmu animowanego (to był chyba pierwszy rok, gdy takiego wręczano) stanęły między innymi z pierwszym „Shrekiem”, który okazał się bezkonkurencyjny – swoją drogą jaki to był dobry rok dla kina anonimowanego dla dzieci i dorosłych. Bo te nowe bajki to bajki dla dzieci tylko z technicznego punktu widzenia. Często fabuła, dialogi, nawiązania do popkultury, ukryte programy polityczne czynią z nich poważne dzieła dla dorosłych ubrane w kolorowe i bardzo śmieszne szaty. Daje to interesujący efekt – w kinie dzieci śmieją się w innym momentach niż dorośli, a jak już  w tych samych to z innych powodów.

Pomysł na scenariusz pierwszej części – choć w sumie ta świeża to jakby prequel starszej – jest rewelacyjny. Prosty, dobrze pomyślany świat, odwrotnie rzeczywisty, bazujący na podstawowych emocjach układ, a jednocześnie umiejętnie wkomponowany dość oklepany schemat złego szefa chcącego przejąć kontrolę nad światem i walka w imię  „dobra” – to wszystko w 1,5 godziny tworzy wymiar dużo szerszy, bo chyba każdy zakładał, że Potwory mają tam po drugiej strony drzwi swoje szkoły, szpitale, muzea i pikniki. I do szkoły, a konkretnie na uniwersytet zaprasza nas część zero. I to nowe wydanie jest jak narysowana amerykańska komedia o kampusie uniwersyteckim. Wypisz, wymaluj cały rok akademicki w koledżu – od kocenia, walki bractw, wykładów w sali na wzór teatru greckiego, przez egzaminy, imprezy, surową pani dziekan i bibliotekarę, wyrywanie czirliderek, charakterystyczne bluzy Alma Mater aż po wielki finał na boisku do rugby. Przyznaję, że wcale nie było tak super i śmiesznie, jak się spodziewałem, ale czas spędzony z Wazowskim i jego samozaparciem dał mi symbolicznego kopa, by niszczyć napotykane bariery. I czy ktoś powie, że bajki nie kształcą?

Nigdy nie miałem takich drzwi w sypialni, przez które mógłby wejść potwór. Bałem się bardzie tych spod łóżka i dla tego nie umiałem, i nie chciałem spać od ściany.

Oraz studenty to potwory, nie mam co do tego żadnych wątpliwości.


niedziela, 14 lipca 2013

zombiaszcza wojna światowa


Swego czasu popełniłem blo o zombie. Jako fan gatunku (i w sensie biologicznym, i w literackim) wybrałem się na „World War Z”. Dawno, dawno temu ktoś opowiadał mi o książce, która w formie raportów ONZ opisuje, co i jak stałoby się z ludzkością, państwami, planetą, gdyby jakaś choroba spowodowała powstanie zombie i de facto koniec dominacji cywilizacji homo sapiens sapiens. Nie pamiętałem tytułu, ani autora, jedynie swoją refleksję, że to musi być genialny pomysł i ciekawość, czy takie dokumenty gdzieś naprawdę powstają – może nie używają słowa „zombie”, ale opisują działania i plany awaryjne na wypadek światowej epidemii szybkodziałającego wirusa. Kilka miesięcy temu obejrzałem trailer „World War Z” i już wtedy zacząłem kojarzyć, że znam sprawę. Okazało się, że film bazuje na tej książce („World War Z” Maxa Brooksa z 2006), a z tego co ustaliłem z przyjacielem wynikałoby, że opowiada on, jak doszło do wydarzeń, które opisuje książka i w części zawiera już fragmenty książki. Oczywiście oznacza to, że będzie kolejna część filmu, co uprawdopodabniają też wyniki finansowe (obraz miał najlepsze otwarcie ze wszystkich filmów z Bradem Pittem w roli głównej w historii).

Wszystko to, co mnie w tym filmie wkurzało, było jednocześnie mocną stroną dzieła. Po pierwsze stosowanie wobec „World War Z” kategorii „film o zombie” to nadużycie. Rzeczywiście są to potwory, które „rozmnażają się” przez ugryzienie zdrowego człowieka, nie ma z tego stanu powrotu, nie ma z nimi kontaktu, przyciąga je hałas, rządzą nimi instynkty… ale są żywe. I raczej prezentuje się to jako wirus czy inny patogen, który spowodował powstanie nowego gatunku, który wybija ten usytuowany niżej w łańcuchu pokarmowym. Plus za pomysł, minus za odejście od kanonu zombie. Zdecydowanie na tak jest fabuła i dynamika filmu, bo trzyma w napięciu, szybko przenosi się z miejsca w miejsce, wstęp jest bardzo krótki, nie ma zbędnych scen. Czymś co jest bardzo pozytywne jest rzeczywista próba wyjaśnienia i znalezienia rozwiązania kwestii zombie – ok, odbywa się to kosztem odzombiewienia samych istot, ale nie kosztem apokaliptycznej wizji końca ludzkości. Dużym plusem jest trailer, zwłaszcza ten wczesny, który nie pokazuje wprost wrogich istot – choć może dlatego, że od razu by było widać, że to niezombie-zombie? Podsumowując odbiór raczej pozytywny z małym niesmakiem przez syndrom żywego zombie. Z racji pomysł na walkę z istotami (ale nie powiem jakiego) polecam obejrzeć.

Zupełnie nie rozumiem, jak Bradowi można było dobrać tak nieatrakcyjną żonę. W sensie, że on „zasługuje” na zdecydowanie piękniejszą. Choć pewnie ze względu na to, że to on współprodukował ten obraz, Angelina miała wpływ na dobór partnerującej aktorki, więc musiała być mniej ładna od Jolie.

Nie wiedziałem, że pracownicy ONZ to tacy arcyherosi. A studiowało się stosunki międzynarodowe i mogło się robić karierę w UN, o!



sobota, 29 czerwca 2013

Man of steel


Mam wrażenie, że nie robi się już filmów, w których główny bohater nie pokazuje się zaraz na początku bez koszulki. To prawie tak święta zasada jak ta mówiąca, że na okładce gazety musi być młoda, ładna dziewczyna z cyckami na wierzchu bez względu na to, czy to czasopismo dla pakerów, dla gospodyni, czy krzyżówki. Aktor, który wcielił się w rolę tytułową, zdecydowanie ma się czym pochwalić i rzec tylko można, że scen bez koszulki było za mało. 30 letni Henry Cavill ma wszystko co amerykańskie, a jest Brytyjczykiem. Idealna cera, idealne ciało, idealne zęby, idealna fryzura i co dziwne – owłosiona klata. To wszystko razem już samo w sobie czyni go superfacetem, a biorąc pod uwagę, że przez cały film z racji swojej nadludzkiej mocy Clark się nie brudzi, nie kaleczy, nie czochra, nie poci, ciągle wygląda jak z okładki Men's Health (tam nie ma kobiety na okładce!). I tu mógłbym skończyć, bo już samo oglądanie Cavilla było wystarczające, by mieć pozytywne odczucie po seansie (a nawet całkiem ciekawe sny). Ale ten film to coś więcej. Zaczęło się od dość niesupermanowskich zapowiedzi. „Man of steel” ma jeden z dziwniejszych zwiastunów, jakie widziałem. Nie od dziś wiadomo, że oglądam wszystkie filmy z i o superbohaterach, a tu takie coś zupełnie w innym klimacie. Owszem – było sporo wybuchów, kopnięć, ratowanie świata, ale za wszelką cenę twórcy chcieli pokazać coś więcej i silili się na tchnięcie nowego życia w postać wszystkim znaną, ale jednocześnie przy ostatnich Spidermanach, Batmanach, X-menach wyblakłą.

Nie ukrywam – Superman to nie jest jakoś moja specjalnie lubiana persona. Wolę Spidermana, Irona Mana, nawet Batmana. Moja styczność z tym superherosem polegała na serialu z lat 90, choć bardziej  niż głównego bohatera pamiętam z niego Teri Hatcher. Mniej więcej byłem w stanie odtworzyć historię narodzin i główne postacie przygód pana z Kryptonu, ale nie wiedziałem, że ta opowieść jest taka skomplikowana. W filmie dużo miejsca poświęcono genezie całej zabawy i chyba trochę ją pozmieniano względem oryginału. Zgodzę się, że momentami jest ponadprzeciętnie naciągnięty zdrowy rozsądek, ale generalnie wrażenia miałem dobre. Film mi się nie dłużył, nic szczególnie nie drażniło, pozbyłbym się wątków z kolegami z redakcji Louis, dodał scenę znalezienia niemowlaka przez ziemskich rodziców. Poza Henrym bez koszulki nic mnie nie wbiło w fotel, a chyba trochę na to liczyłem - w końcu niektórzy krzyczeli, że to film roku.

Mimo że wiem, że Amy Adams to dobra i ceniona aktorka, widziałem z nią sporo filmów i znam jej główne osiągnięcia, zawsze mam problem, by ją rozpoznać na ekranie. Ona jest po prostu miksem Naomi Watts i Nicole Kidman. Wątek Louis Lane został pomyślany i zrealizowany dobrze, ale z małą skazą – jak zawsze ktoś bezbronny i przypadkowy otrzymuje wiedzę, jak uratować świat i znajduje się w centrum ekstraniecodziennych wydarzeń.

Czekam na drugą część. Oby bez koszulki.


sobota, 15 czerwca 2013

różnorodni równoprawni


Równo rok temu popełniłem blo na temat nie tylko Parady Równości 2012, ale ogólnie o tym, jak PR wpisały się  w kalendarz imprez stołecznych oraz czy to dobrze, czy źle, że maszerujemy. Mógłbym ograniczyć się do powtórzenia w punktach tego wszystkiego, co opublikowałem tu wtedy, bo przez cały ten czas niewiele się zmieniło. Parada AD 2013 przeszła inną trasą, w innym składzie, z inną oprawą muzyczną, z lekko zmienionym komitetem, tym razem z patronatem (bardziej papierowym niż fizycznym) Pełnomocnik Rządu ds. Równego Traktowania. Tylko postulaty pozostały niezmienione. Mam wręcz wrażenie, że osłabił się szum. Ok, mieliśmy w tym roku trzy projekty ustaw o związkach partnerskich, wiele było w mediach o sytuacji we Francji po wprowadzeniu małżeństw jednopłciowych, coraz więcej w dyskursie europejskim poświęca się ochronie praw mniejszości, ale mimo wszystko u nas temat ciągle znajduje się poza debatą publiczną. Niedopuszczenie do czytań projektów ustaw było nie tylko powiedzeniem „nie” związkom partnerskim, ale wręcz było to „nie” dla naszego istnienia – nie ma nawet o czym rozmawiać. To najbardziej niedemokratyczna z postaw.

W drodze na Paradę zadzwoniłem do babci. Ostatnio rozmawiam z nią jeszcze częściej niż zawsze, bo na bieżąco informuję o wynikach moich egzaminów, a ona updejtuje mnie na temat  swojego zdrowia po niedawnej operacji. I mówię, że właśnie idę na marsz. Babcia zaczęła wywód, że ten gejowski marsz ją denerwuje, bo geje się popisują. Że ona nic nie ma przeciwko osobom, które lubią się „pchać w tyłek”, że uważa, że mogą oni sobie żyć razem, nikomu nic nie przeszkadzają, ale po co się przebierać i chodzić po ulicy. Wdałem się w niepotrzebną gadkę. Że to nie jest marsz gejowski, a szerszy. Że na każdym tego typu festynie jest głośna muzyka, przebrani, uśmiechnięci ludzi, że to niepopisywanie się, a coś zupełnie zwykłego. Że podobnie wygląda halloween, dni morza, dożynki, dzień dziecka czy przemarsz wojska. Powiedziała tylko, że życzy mi udanej zabawy. Taka też była. 

I jeszcze platforma Ambasady Norwegii. Nie od dziś ambasadorowie innych państw zaangażowani są w sytuację środowiska LGBTQ w Polsce. Każdy pamięta tęczową flagę przy Ambasadzie UK w Warszawie. Z jednej strony cieszy mnie to poparcie, chęć zainwestowania bezpośrednio pieniędzy, a nie tylko oficjalnego poparcia czy podpisania listu, z drugiej strony to bardzo-bardzo smutne, że obce państwo jest bardziej zainteresowane moimi prawami niż własne, z którym czy chcę, czy nie chcę, łączy mnie więź obywatelska.

Zawsze myślałem, że w Paradzie najsmutniejsi są geje, którzy przychodzą obejrzeć marsz. Stoją na chodnikach lub siedzą w ogródkach mijanych knajp i komentują. Od wczoraj uważam, że smutniejsi są geje, którzy przychodzą obejrzeć marsz i robią zdjęcia ajpadem.

sobota, 1 czerwca 2013

warszawa pogodno


Jak pada śnieg i termometry pokazują -15 stopni, jest źle. Jak jest parno, duszno, słonecznie i plus 30, jeszcze gorzej. To w jaki sposób ludzie reagują na pogodę dowodzi, że dogodzić nie sposób. Gdy aura przybiera którąś ze skrajnych postaci – zima zła, upał, burza – fejbuk szaleje. Jedni narzekają, gdy w Warszawie robi się Syberia, drudzy narzekają, gdy mamy tu Saharę, trzeci gdy jedno i drugie, a czwarta grupa pisze, że wkurza się, że jedynkom, dwójkom i trójkom nigdy nie można dogodzić, bo czy za zimno, czy za ciepło, im zawsze źle. I pomyśleć, ile mniej interakcji by było, gdyby nie było pogody, albo gdyby nie można było o niej rozmawiać wcale. O ile jestem bliski zgodzenia się, że klimat w Polsce jest kiepski, o tyle nie odmówię mu, że jest ciekawy. Sam bardziej utożsamiam się z tymi, co to nie przepadają za upałami, ale nie wynika to z nielubienia słońca. To raczej słońce nie lubi mnie, bo jego moce opalające omijają mnie szerokim cieniem. Mógłbym leżeć cały dzień, a nie zrobię się nawet czerwony. Moja antypatia dla upałów wynika z faktu, że bardzo źle się wtedy czuję. Nadmiernie się pocę bez względu na to, jak lekko się ubiorę, mam częściej swoje bóle głowy, klimatyzacja mi bardziej przeszkadza niż pomaga. Staram się stosować większość zasad na upał – dużo wody, lekkie jedzenie, orzeźwianie się przez zwilżanie twarzy, okulary, nawet nakrycie głowy. Nie jestem gruby, nie raz już badałem hormony tarczycy, ciśnienie mam w normie, ale gdy temperatura przekroczy ledwie 25 stopni, czuję się jak wrak. 

Wracam ostatnio z pracy. Na stacji kolejowej spotykam koleżankę z zespołu obok. Zauważyła mnie, nie wypada nie podejść. I złapałem się na tym, że zagadałem, jaka beznadziejna ostatnio pogoda. Jedziemy do pracy rano i jest zimno, trzeba wręcz założyć kurtkę. Gdy wracamy – już upalnie. Albo rano pada, a popołudniu upał. A często zupełnie odwrotnie. I tak stoimy na tej stacji uprawiając smoltok, aż każde z nas wsiadło w pociąg w przeciwną stronę. I znowu – jak nie wiesz jak lub nie masz o czym, narzekaj na pogodę – druga strona albo się z Tobą zgodzi i będziecie razem narzekać, albo będzie z tej drugiej strony barykady i interakcja pobudzi się przez małe starcie o aurę. Zawsze działa.

W narzekaniu na pogodę najlepsze jest to, że to nawet ja wiem, że to nic nie da. To jakby narzekać, że Ziemia jest za blisko czy tam za daleko Słońca. Jedyne możliwe wyjście to zmiana miejsca zamieszkania na inny klimat – jedni do Portugalii, inni do Norwegii.

Sobie i sobie podobnym życzę jako takiego przetrwania lipca i sierpnia. Prognozy wskazują raczej na chłodne lato. Trzymam kciuka.

niedziela, 26 maja 2013

d jak dyskrecja


„Szukam dyskreta”. To po „szukam normalnego” i „kumpla spoza środowiska” moje ulubione sformułowanie z wiadomych portali. Rzadko bawię się w głoszenie prawd objawionych, no może poza jedzeniem i problemami ze skórą, ale powiem to drukowanymi: DYSKRECJA nie istnieje, nie ma, nie będzie. Ja wiem i rozumiem, że szukanie dyskretnego nie oznacza wcale szukania kogoś, kto nie papla jęzorem na prawo i lewo, a kogoś kto utrzyma w „tajemnicy”, że umawiam się na seks – bo ja przecież seksu nie szukam i się w internecie na seks nie umawiam, o nie, co to to nie! Bo szukanie na seks w internecie to często niepasujący element planu znalezienia księcia na białym koniu. Pytanie jest tylko jedno: „w tym planie to chodzi o księcia? Czy może o konia?”. Gdy ktoś mnie pyta, czy jestem dyskretny, odpowiadam: nie. Nie jestem spoko, nie jestem normalny, nie jestem dyskretny. Powiem więcej, Ty też nie jesteś spoko, nie jesteś normalny i nie jesteś dyskretny. Mały test: ile razy zdarza Ci się zaczepić lub dodać do znajomych na fejsie chłopaka, z którym nie masz żadnych innych wspólnych znajomych homo? Odpowiedź: prawie nigdy. Jak mawia mój znajomy: „prędzej czy później i tak wszyscy skończymy w Glamie”.

Gdy ktoś nie ma zdjęć, bo jest dyskretny, nie istnieje. Gdy poślesz komuś swoje nagie zdjęcia, one już zawsze tam gdzieś będą. Gdy umawiasz się z kimś na dyskretne spotkanie,  prędzej czy później to jakoś wróci. Gdy zapewniasz 100% dyskrecji, prędzej czy później spotkasz kogoś, kto wiedział o Twoim „dyskretnym” spotkaniu. Gdy masz chłopaka i niby otwarty związek, a umawiasz się na dyskretny seks, w zasadzie od razu możesz się przyznać swojemu partnerowi. Internet pamięta, geje pamiętają. Warszawa nie jest wielka, a często ułatwiamy wiele pchając za dużo do sieci. Przykład: mój blog. Lubię go, piszę, bo chcę, bo jest mi potrzebny, ale wiem, ile mnie „kosztuje”, jak często uderza w mój wizerunek, że można nawet przez niego stracić pracę.

Uwaga techniczna nr 1: Na ile dyskretne może być spotkanie z chłopakiem bez ręki? Ilu jest gejów bez ręki w Polsce? Dwóch.

Uwaga techniczna nr 2: Jak chcesz być choć odrobinę dyskretny, nie pokazuj publicznie kogo znasz/kogo masz w znajomych na różnych portalach. Po nitce do kłębka.

niedziela, 19 maja 2013

dam radę


Semestr zaczyna wchodzić w kulminacyjną fazę. Dla mnie oznacza to, że poziom obłożenia pracą zwiększył się o połowę. W każdej wolnej chwili zajmuję się trzema większymi projektami jednocześnie – każdy w grupie, co bardzo utrudnia synchronizację wolnego czasu. Z jednej strony ilość pracy w pracy, pracy w szkole i pracy w domu mnie przeraża i paraliżuje, z drugiej jakoś dziwnie wciąż mam poczucie, że dam radę. Już jest ciężko i do trzeciego tygodnia czerwca będzie tylko ciężej, ale wiem też, że potem czeka mnie w końcu jakaś mała ulga. Ilość egzaminów, a szczególnie ich terminy, wymuszą „stracenie” kilku dni urlopu, ale w końcu robię to dla siebie. Często muszę powtarzać sobie, że studiuję i zapierdalam dla siebie. Chodzę na basen dla siebie, sprzątam dorabiając dla siebie, rozwijam się poprzez socjologię tylko i wyłącznie dla siebie. To jest chyba ten czynnik, który powoduje, że jeszcze nie wpadłem w panikę. Brak paniki wcale nie powoduje, że nie narzekam. Marudzę i to bardzo. Tak już mam, a że gdy dzieje się dużo, mówię o tym dużo. Nie zmienia to jednak faktu, że i tak wiem, że jakoś sobie poradzę, nie na 100%, nie jednocześnie, może z części trzeba będzie zwyczajnie zrezygnować, ale jednak wyjdę na swoje. Marudzenie trochę mnie nakręca i motywuje, a trochę też sprawia, że mam o czym mówić.

Chyba ze wszystkim tak mam. Pogadam, przerażę się, powiem, że się nie uda, a potem i tak jakoś się dzieje, czasem swoim tempem i drogą, czasem ciężką pracą i ponadprzeciętnym zaangażowaniem. Chyba nie umiem inaczej, chyba wynika to z mojego wysokiego stopnia przejmowania się dosłownie wszystkim, co znajduje się dookoła. Naturalnie zdarzają mi się momenty, gdy mam ochotę usiąść i się rozpłakać, gdy potrzebuję się od wszystkiego oderwać i spędzić cały dzień na graniu w Heroesów lub zapomnieć o całym świecie z piwem, lodami i dobrym filmem, ale traktuję je jako wpisane w kosztorys, usprawiedliwione i zdrowe odreagowanie. Wtedy też pytam, jaki to wszystko co robię, ma sens? Jednak wciąż uważam, że w dłuższej perspektywie i ogólniejszym sensie jest to inwestycja w swoją przyszłość. Trzeba pocierpieć. I trzeba dać radę!

Także jeżeli komuś marudzę, niech ten ktoś pamięta, jaką to mi wypełnia funkcję. Że tak naprawdę robi mi to dobrze, że w efekcie finalnym wszystko się układa. To taka moja mała terapia.

Przez najbliższy miesiąc narzekania z mojej strony będzie pewnie więcej, uprzedzam lojalnie. Jak kto wrażliwy, niech się nie zbliża na odległość wiadomości na fejsbuku, smsa czy zasięgu mojego głosu.

poniedziałek, 13 maja 2013

multiportowiec


Trwało to bardzo długo i było owocne w dramatyczne momenty, ale udało mi się w końcu uzyskać kartę benefit. Najpierw nie mogłem jej mieć, bo byłem na okresie próbnym, potem musiałem poczekać do nowego miesiąca kalendarzowego, potem była majówka, a osoba odpowiedzialna w firmie za karty poszła na urlop, następnie pomyliła jednostkę, w której pracuję i wysłała kartę pocztą wewnętrzną do innego miasta, ostatecznie przesyłka krążyła kilka dni między biurami banku, aż w końcu 13 maja trafiła w moją rękę. Naturalnie zrobiłem małą awanturę, bo formalnie za kartę płacę od 1 maja, a nie da się z niej korzystać fizycznie jej nie posiadając. Udało mi się wynegocjować przeprosiny oraz to, że za maj za kartę płacić nie będę (jedynie podatek), dopiero w czerwcu potrącą mi z wypłaty cały koszt karty, czyli coś-tam-42-zł. Wielka inauguracja miała miejsce 15 maja rano na basenie blisko nowego domu. Nie jestem już uwiązany do jednego basenu i mogę chodzić tam, gdzie będzie mi bliżej, wygodniej, akurat po drodze czy tam będą chcieli iść znajomi. Do tego oczywiście wychodzi taniej niż karnet i za mniej mogę wyjść poza samo pływanie. Nie ukrywam, że poważnie myślę o jakiejś nowej stałej aktywności. Sam powoli zaczynam mieć dość swoich wystających obojczyków i słuchania dzień w dzień, że jestem za chudy, że mogę jeść co chcę, bo mi nic nie grozi, że powinienem coś z tym zrobić. Znowu zaczęła się pora roku, gdy ładni ludzie wychodzą w krótkich ubraniach i widać ich sylwetki, nad którymi pracowali całą zimę, a mi widać wciąż te same kości.

W związku z tym pięknym pomysłem poszedłem do ortopedy. Postanowiłem dopytać się o to, co powinienem, co muszę, a czego nie można mi robić. W dodatku chciałem po roku chodzenia na basen sprawdzić, czy cokolwiek zmieniło się jeżeli chodzi o mój pokraczny układ kostny. Trafiłem na lekarza obcej narodowości, który w pierwszym pytaniu po „dzień dobry” łamaną polszczyzną zapytał czy mnie, czy brak ręki to amputacja czy też wada wrodzona. Jego porada ograniczyła się do stwierdzenia, że mogę i powinienem robić wszystko poza podnoszeniem ciężarów. O ile podoba mi się taka ogólna uwaga – przyzwolenie robienia prawie wszystkiego, o tyle pan doktor nawet nie obejrzał mojego kręgosłupa. Podpytałem też przyjaciela o dietę. Bardzo poważnie rozważam wrócenie na stałe do mięsa – głównie białego, ale jednak mięsa. Chcę też zdecydowanie zwiększyć ilość wysokobiałkowego pokarmu, a powoli kierować się w stronę całkowitego wyeliminowania słodyczy, mleka, alkoholu czy słodkich napojów – już teraz unikam większości z nich, ale jednak pojawiają się w mojej ocenie nadal za często.

I chciałbym zaapelować, że jeżeli ktoś szuka kompana do sportu, polecam się – zawsze trudno mi iść samemu do nowego miejsca, na nową aktywność (mam tak też z barami, kawiarniami, restauracjami czy urzędami), ale z kimś chętnie się wybiorę i spróbuję.

Oczywiście teraz będą zaliczenia na studiach, więc trudno to wszystko ogarnąć czasowo, ale od drugiej połowy czerwca zostanie mi „tylko” praca i będę miał mnóstwo wolnego czasu, by się męczyć! O tak!

piątek, 3 maja 2013

(nie)zdrowe jedzenie


Skłaniam się ku tezie, że nie ma czegoś takiego jak „zdrowe odżywianie się”. Nie często się tym chwalę, ale w liceum brałem udział w Ogólnopolskiej Olimpiadzie Wiedzy o Żywieniu. I o ile nazwa rzeczywiście jest wręcz śmieszna, jest to MENowska Olimpiada dla licealistów jak ta fizyki czy historii i też daje indeksy na uczelnie bez postępowania rekrutacyjnego. Trzy lata z rzędu z mniejszymi czy większymi sukcesami zajmowałem się z jednej strony biologiczno-chemiczą stroną żywności, z drugiej strony całą tą otoczką towarowo-gastronomiczną. Musiałem wiedzieć wszystko o układzie pokarmowym człowieka, ale też znać przepis na wszystkie rodzaje ciasta i dokładny podział krowy na fragmenty mięsa. Naturalnie prawie nic z tego już nie pamiętam, ale zostało mi kilka nawyków zakupowo-żywieniowych, które zawdzięczam temu w sumie dziwnemu hobby mnie nastolatka. Np. od liceum nie słodzę, nie dodaję soli, nie smaruję pieczywa masłem, ani margaryną. Jem tylko ciemne pieczywo – najlepiej graham lub razowe – i oczywiście wiem, że producenci chleba dodają do niego karmel, by było ciemne. Nie łączę ogórków z pomidorami, bo enzym zawarty w ogórkach unieczynnia witaminę C z pomidorów (czy jakoś tak). Bardzo rzadko piję herbatę, napoje gazowane i/lub słodzone (bo paradoksalnie picie to też jedzenie). I jedno natręctwo, które w sumie wychodzi mi i mojemu portfelowi na dobre – czytam etykiety w sklepach. Można się z nich dowiedzieć bardzo złych rzeczy o swoich ulubionych produktach i szybko oduczyć się kupowania czegoś, co wydawało się zawsze niezbędne. 

Jedni uważają, że odżywiam się megazdrowo. Drudzy twierdzą, że dość kiepsko. Trzeci natomiast sądzą, że bardzo nudno. I wszyscy mają rację. Moje warzywno-rybno-ryżowo-kaszowo-makaronowe obiadki do pracy: po pierwsze – są widziane jako bardzo zdrowe i racjonalne, po drugie – spowodowały, że inni pracownicy też zaczęli się lepiej odżywiać (przynajmniej w pracy). Prawdą jest, że jem w kółko to samo. Dużo nabiału, dużo warzyw, dużo ryżu (brązowego lub białego), makaronu (graham i pełnoziarnistego), musli, serków wiejskich, mnóstwo bananów... Wychodzi mi to bokiem. O ile to wszystko wraz z otrębami, jajkami i codziennie wypitą butelką wody z dużą zawartością minerałów wpisuje się w stereotypowe zdrowe jedzenie, to wcale nie powoduje, że a) jestem zdrowy, b) mam dużo energii, c) dobrze wyglądam. Wręcz odwrotnie jestem za chudy, za blady i ciągle zmęczony. Może się przerzucę na dietę kebabową?

„To może być wina braku mięsa”. Takie wytłumaczenie słyszę bardzo często. Ale np. moja dentystka stwierdziła, że muszę jeść „więcej nabiału, a nie tylko mięcho i mięcho”… Jeszcze więcej nabiału?! Już teraz mi rozsadza układ pokarmowy! Staram się jeść w miejsce mięsa dużo ryb, fasoli, papryki, kaszy i soi. A ostatnio zdarza mi się zjeść i mięso, choć nadal sam go nigdy nie robię. 

Moimi największymi słabościami są: kawa, wafelki i pizza (której od przeprowadzki nie jadłem). I obstawiam, że to właśnie te parszywe rzeczy rujnują mi cerę, która na nawet minimalną ilość alkoholu, czekolady, chipsów, tłustego jedzenia reaguje falą pryszczy. Ulrich Beck miał rację, że najzdrowiej byłoby nie jeść nic.