Swego czasu popełniłem blo o
zombie. Jako fan gatunku (i w sensie biologicznym, i w literackim) wybrałem się
na „World War Z”. Dawno, dawno temu ktoś opowiadał mi o książce, która w formie
raportów ONZ opisuje, co i jak stałoby się z ludzkością, państwami, planetą,
gdyby jakaś choroba spowodowała powstanie zombie i de facto koniec dominacji cywilizacji
homo sapiens sapiens. Nie pamiętałem tytułu, ani autora, jedynie swoją refleksję, że to
musi być genialny pomysł i ciekawość, czy takie dokumenty gdzieś naprawdę
powstają – może nie używają słowa „zombie”, ale opisują działania i plany
awaryjne na wypadek światowej epidemii szybkodziałającego wirusa. Kilka miesięcy
temu obejrzałem trailer „World War Z” i już wtedy zacząłem kojarzyć, że znam
sprawę. Okazało się, że film bazuje na tej książce („World War Z” Maxa Brooksa
z 2006), a z tego co ustaliłem z przyjacielem wynikałoby, że opowiada on, jak
doszło do wydarzeń, które opisuje książka i w części zawiera już fragmenty
książki. Oczywiście oznacza to, że będzie kolejna część filmu, co uprawdopodabniają
też wyniki finansowe (obraz miał najlepsze otwarcie ze wszystkich filmów z
Bradem Pittem w roli głównej w historii).
Wszystko to, co mnie w tym filmie
wkurzało, było jednocześnie mocną stroną dzieła. Po pierwsze stosowanie wobec „World
War Z” kategorii „film o zombie” to nadużycie. Rzeczywiście są to potwory,
które „rozmnażają się” przez ugryzienie zdrowego człowieka, nie ma z tego stanu
powrotu, nie ma z nimi kontaktu, przyciąga je hałas, rządzą nimi instynkty… ale
są żywe. I raczej prezentuje się to jako wirus czy inny patogen, który
spowodował powstanie nowego gatunku, który wybija ten usytuowany niżej w łańcuchu
pokarmowym. Plus za pomysł, minus za odejście od kanonu zombie. Zdecydowanie na
tak jest fabuła i dynamika filmu, bo trzyma w napięciu, szybko przenosi się z
miejsca w miejsce, wstęp jest bardzo krótki, nie ma zbędnych scen. Czymś co
jest bardzo pozytywne jest rzeczywista próba wyjaśnienia i znalezienia
rozwiązania kwestii zombie – ok, odbywa się to kosztem odzombiewienia samych
istot, ale nie kosztem apokaliptycznej wizji końca ludzkości. Dużym plusem jest
trailer, zwłaszcza ten wczesny, który nie pokazuje wprost wrogich istot – choć może
dlatego, że od razu by było widać, że to niezombie-zombie? Podsumowując odbiór
raczej pozytywny z małym niesmakiem przez syndrom żywego zombie. Z racji pomysł
na walkę z istotami (ale nie powiem jakiego) polecam obejrzeć.
Zupełnie nie rozumiem, jak
Bradowi można było dobrać tak nieatrakcyjną żonę. W sensie, że on „zasługuje”
na zdecydowanie piękniejszą. Choć pewnie ze względu na to, że to on
współprodukował ten obraz, Angelina miała wpływ na dobór partnerującej aktorki,
więc musiała być mniej ładna od Jolie.
Nie wiedziałem, że pracownicy ONZ
to tacy arcyherosi. A studiowało się stosunki międzynarodowe i mogło się robić
karierę w UN, o!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz