hipokryta, hipochondyk, hipopotam

blog Mihała to miejsce zwykłe

miejsc zwykłych jest dużo

sobota, 15 czerwca 2013

różnorodni równoprawni


Równo rok temu popełniłem blo na temat nie tylko Parady Równości 2012, ale ogólnie o tym, jak PR wpisały się  w kalendarz imprez stołecznych oraz czy to dobrze, czy źle, że maszerujemy. Mógłbym ograniczyć się do powtórzenia w punktach tego wszystkiego, co opublikowałem tu wtedy, bo przez cały ten czas niewiele się zmieniło. Parada AD 2013 przeszła inną trasą, w innym składzie, z inną oprawą muzyczną, z lekko zmienionym komitetem, tym razem z patronatem (bardziej papierowym niż fizycznym) Pełnomocnik Rządu ds. Równego Traktowania. Tylko postulaty pozostały niezmienione. Mam wręcz wrażenie, że osłabił się szum. Ok, mieliśmy w tym roku trzy projekty ustaw o związkach partnerskich, wiele było w mediach o sytuacji we Francji po wprowadzeniu małżeństw jednopłciowych, coraz więcej w dyskursie europejskim poświęca się ochronie praw mniejszości, ale mimo wszystko u nas temat ciągle znajduje się poza debatą publiczną. Niedopuszczenie do czytań projektów ustaw było nie tylko powiedzeniem „nie” związkom partnerskim, ale wręcz było to „nie” dla naszego istnienia – nie ma nawet o czym rozmawiać. To najbardziej niedemokratyczna z postaw.

W drodze na Paradę zadzwoniłem do babci. Ostatnio rozmawiam z nią jeszcze częściej niż zawsze, bo na bieżąco informuję o wynikach moich egzaminów, a ona updejtuje mnie na temat  swojego zdrowia po niedawnej operacji. I mówię, że właśnie idę na marsz. Babcia zaczęła wywód, że ten gejowski marsz ją denerwuje, bo geje się popisują. Że ona nic nie ma przeciwko osobom, które lubią się „pchać w tyłek”, że uważa, że mogą oni sobie żyć razem, nikomu nic nie przeszkadzają, ale po co się przebierać i chodzić po ulicy. Wdałem się w niepotrzebną gadkę. Że to nie jest marsz gejowski, a szerszy. Że na każdym tego typu festynie jest głośna muzyka, przebrani, uśmiechnięci ludzi, że to niepopisywanie się, a coś zupełnie zwykłego. Że podobnie wygląda halloween, dni morza, dożynki, dzień dziecka czy przemarsz wojska. Powiedziała tylko, że życzy mi udanej zabawy. Taka też była. 

I jeszcze platforma Ambasady Norwegii. Nie od dziś ambasadorowie innych państw zaangażowani są w sytuację środowiska LGBTQ w Polsce. Każdy pamięta tęczową flagę przy Ambasadzie UK w Warszawie. Z jednej strony cieszy mnie to poparcie, chęć zainwestowania bezpośrednio pieniędzy, a nie tylko oficjalnego poparcia czy podpisania listu, z drugiej strony to bardzo-bardzo smutne, że obce państwo jest bardziej zainteresowane moimi prawami niż własne, z którym czy chcę, czy nie chcę, łączy mnie więź obywatelska.

Zawsze myślałem, że w Paradzie najsmutniejsi są geje, którzy przychodzą obejrzeć marsz. Stoją na chodnikach lub siedzą w ogródkach mijanych knajp i komentują. Od wczoraj uważam, że smutniejsi są geje, którzy przychodzą obejrzeć marsz i robią zdjęcia ajpadem.

sobota, 1 czerwca 2013

warszawa pogodno


Jak pada śnieg i termometry pokazują -15 stopni, jest źle. Jak jest parno, duszno, słonecznie i plus 30, jeszcze gorzej. To w jaki sposób ludzie reagują na pogodę dowodzi, że dogodzić nie sposób. Gdy aura przybiera którąś ze skrajnych postaci – zima zła, upał, burza – fejbuk szaleje. Jedni narzekają, gdy w Warszawie robi się Syberia, drudzy narzekają, gdy mamy tu Saharę, trzeci gdy jedno i drugie, a czwarta grupa pisze, że wkurza się, że jedynkom, dwójkom i trójkom nigdy nie można dogodzić, bo czy za zimno, czy za ciepło, im zawsze źle. I pomyśleć, ile mniej interakcji by było, gdyby nie było pogody, albo gdyby nie można było o niej rozmawiać wcale. O ile jestem bliski zgodzenia się, że klimat w Polsce jest kiepski, o tyle nie odmówię mu, że jest ciekawy. Sam bardziej utożsamiam się z tymi, co to nie przepadają za upałami, ale nie wynika to z nielubienia słońca. To raczej słońce nie lubi mnie, bo jego moce opalające omijają mnie szerokim cieniem. Mógłbym leżeć cały dzień, a nie zrobię się nawet czerwony. Moja antypatia dla upałów wynika z faktu, że bardzo źle się wtedy czuję. Nadmiernie się pocę bez względu na to, jak lekko się ubiorę, mam częściej swoje bóle głowy, klimatyzacja mi bardziej przeszkadza niż pomaga. Staram się stosować większość zasad na upał – dużo wody, lekkie jedzenie, orzeźwianie się przez zwilżanie twarzy, okulary, nawet nakrycie głowy. Nie jestem gruby, nie raz już badałem hormony tarczycy, ciśnienie mam w normie, ale gdy temperatura przekroczy ledwie 25 stopni, czuję się jak wrak. 

Wracam ostatnio z pracy. Na stacji kolejowej spotykam koleżankę z zespołu obok. Zauważyła mnie, nie wypada nie podejść. I złapałem się na tym, że zagadałem, jaka beznadziejna ostatnio pogoda. Jedziemy do pracy rano i jest zimno, trzeba wręcz założyć kurtkę. Gdy wracamy – już upalnie. Albo rano pada, a popołudniu upał. A często zupełnie odwrotnie. I tak stoimy na tej stacji uprawiając smoltok, aż każde z nas wsiadło w pociąg w przeciwną stronę. I znowu – jak nie wiesz jak lub nie masz o czym, narzekaj na pogodę – druga strona albo się z Tobą zgodzi i będziecie razem narzekać, albo będzie z tej drugiej strony barykady i interakcja pobudzi się przez małe starcie o aurę. Zawsze działa.

W narzekaniu na pogodę najlepsze jest to, że to nawet ja wiem, że to nic nie da. To jakby narzekać, że Ziemia jest za blisko czy tam za daleko Słońca. Jedyne możliwe wyjście to zmiana miejsca zamieszkania na inny klimat – jedni do Portugalii, inni do Norwegii.

Sobie i sobie podobnym życzę jako takiego przetrwania lipca i sierpnia. Prognozy wskazują raczej na chłodne lato. Trzymam kciuka.

niedziela, 26 maja 2013

d jak dyskrecja


„Szukam dyskreta”. To po „szukam normalnego” i „kumpla spoza środowiska” moje ulubione sformułowanie z wiadomych portali. Rzadko bawię się w głoszenie prawd objawionych, no może poza jedzeniem i problemami ze skórą, ale powiem to drukowanymi: DYSKRECJA nie istnieje, nie ma, nie będzie. Ja wiem i rozumiem, że szukanie dyskretnego nie oznacza wcale szukania kogoś, kto nie papla jęzorem na prawo i lewo, a kogoś kto utrzyma w „tajemnicy”, że umawiam się na seks – bo ja przecież seksu nie szukam i się w internecie na seks nie umawiam, o nie, co to to nie! Bo szukanie na seks w internecie to często niepasujący element planu znalezienia księcia na białym koniu. Pytanie jest tylko jedno: „w tym planie to chodzi o księcia? Czy może o konia?”. Gdy ktoś mnie pyta, czy jestem dyskretny, odpowiadam: nie. Nie jestem spoko, nie jestem normalny, nie jestem dyskretny. Powiem więcej, Ty też nie jesteś spoko, nie jesteś normalny i nie jesteś dyskretny. Mały test: ile razy zdarza Ci się zaczepić lub dodać do znajomych na fejsie chłopaka, z którym nie masz żadnych innych wspólnych znajomych homo? Odpowiedź: prawie nigdy. Jak mawia mój znajomy: „prędzej czy później i tak wszyscy skończymy w Glamie”.

Gdy ktoś nie ma zdjęć, bo jest dyskretny, nie istnieje. Gdy poślesz komuś swoje nagie zdjęcia, one już zawsze tam gdzieś będą. Gdy umawiasz się z kimś na dyskretne spotkanie,  prędzej czy później to jakoś wróci. Gdy zapewniasz 100% dyskrecji, prędzej czy później spotkasz kogoś, kto wiedział o Twoim „dyskretnym” spotkaniu. Gdy masz chłopaka i niby otwarty związek, a umawiasz się na dyskretny seks, w zasadzie od razu możesz się przyznać swojemu partnerowi. Internet pamięta, geje pamiętają. Warszawa nie jest wielka, a często ułatwiamy wiele pchając za dużo do sieci. Przykład: mój blog. Lubię go, piszę, bo chcę, bo jest mi potrzebny, ale wiem, ile mnie „kosztuje”, jak często uderza w mój wizerunek, że można nawet przez niego stracić pracę.

Uwaga techniczna nr 1: Na ile dyskretne może być spotkanie z chłopakiem bez ręki? Ilu jest gejów bez ręki w Polsce? Dwóch.

Uwaga techniczna nr 2: Jak chcesz być choć odrobinę dyskretny, nie pokazuj publicznie kogo znasz/kogo masz w znajomych na różnych portalach. Po nitce do kłębka.

niedziela, 19 maja 2013

dam radę


Semestr zaczyna wchodzić w kulminacyjną fazę. Dla mnie oznacza to, że poziom obłożenia pracą zwiększył się o połowę. W każdej wolnej chwili zajmuję się trzema większymi projektami jednocześnie – każdy w grupie, co bardzo utrudnia synchronizację wolnego czasu. Z jednej strony ilość pracy w pracy, pracy w szkole i pracy w domu mnie przeraża i paraliżuje, z drugiej jakoś dziwnie wciąż mam poczucie, że dam radę. Już jest ciężko i do trzeciego tygodnia czerwca będzie tylko ciężej, ale wiem też, że potem czeka mnie w końcu jakaś mała ulga. Ilość egzaminów, a szczególnie ich terminy, wymuszą „stracenie” kilku dni urlopu, ale w końcu robię to dla siebie. Często muszę powtarzać sobie, że studiuję i zapierdalam dla siebie. Chodzę na basen dla siebie, sprzątam dorabiając dla siebie, rozwijam się poprzez socjologię tylko i wyłącznie dla siebie. To jest chyba ten czynnik, który powoduje, że jeszcze nie wpadłem w panikę. Brak paniki wcale nie powoduje, że nie narzekam. Marudzę i to bardzo. Tak już mam, a że gdy dzieje się dużo, mówię o tym dużo. Nie zmienia to jednak faktu, że i tak wiem, że jakoś sobie poradzę, nie na 100%, nie jednocześnie, może z części trzeba będzie zwyczajnie zrezygnować, ale jednak wyjdę na swoje. Marudzenie trochę mnie nakręca i motywuje, a trochę też sprawia, że mam o czym mówić.

Chyba ze wszystkim tak mam. Pogadam, przerażę się, powiem, że się nie uda, a potem i tak jakoś się dzieje, czasem swoim tempem i drogą, czasem ciężką pracą i ponadprzeciętnym zaangażowaniem. Chyba nie umiem inaczej, chyba wynika to z mojego wysokiego stopnia przejmowania się dosłownie wszystkim, co znajduje się dookoła. Naturalnie zdarzają mi się momenty, gdy mam ochotę usiąść i się rozpłakać, gdy potrzebuję się od wszystkiego oderwać i spędzić cały dzień na graniu w Heroesów lub zapomnieć o całym świecie z piwem, lodami i dobrym filmem, ale traktuję je jako wpisane w kosztorys, usprawiedliwione i zdrowe odreagowanie. Wtedy też pytam, jaki to wszystko co robię, ma sens? Jednak wciąż uważam, że w dłuższej perspektywie i ogólniejszym sensie jest to inwestycja w swoją przyszłość. Trzeba pocierpieć. I trzeba dać radę!

Także jeżeli komuś marudzę, niech ten ktoś pamięta, jaką to mi wypełnia funkcję. Że tak naprawdę robi mi to dobrze, że w efekcie finalnym wszystko się układa. To taka moja mała terapia.

Przez najbliższy miesiąc narzekania z mojej strony będzie pewnie więcej, uprzedzam lojalnie. Jak kto wrażliwy, niech się nie zbliża na odległość wiadomości na fejsbuku, smsa czy zasięgu mojego głosu.

poniedziałek, 13 maja 2013

multiportowiec


Trwało to bardzo długo i było owocne w dramatyczne momenty, ale udało mi się w końcu uzyskać kartę benefit. Najpierw nie mogłem jej mieć, bo byłem na okresie próbnym, potem musiałem poczekać do nowego miesiąca kalendarzowego, potem była majówka, a osoba odpowiedzialna w firmie za karty poszła na urlop, następnie pomyliła jednostkę, w której pracuję i wysłała kartę pocztą wewnętrzną do innego miasta, ostatecznie przesyłka krążyła kilka dni między biurami banku, aż w końcu 13 maja trafiła w moją rękę. Naturalnie zrobiłem małą awanturę, bo formalnie za kartę płacę od 1 maja, a nie da się z niej korzystać fizycznie jej nie posiadając. Udało mi się wynegocjować przeprosiny oraz to, że za maj za kartę płacić nie będę (jedynie podatek), dopiero w czerwcu potrącą mi z wypłaty cały koszt karty, czyli coś-tam-42-zł. Wielka inauguracja miała miejsce 15 maja rano na basenie blisko nowego domu. Nie jestem już uwiązany do jednego basenu i mogę chodzić tam, gdzie będzie mi bliżej, wygodniej, akurat po drodze czy tam będą chcieli iść znajomi. Do tego oczywiście wychodzi taniej niż karnet i za mniej mogę wyjść poza samo pływanie. Nie ukrywam, że poważnie myślę o jakiejś nowej stałej aktywności. Sam powoli zaczynam mieć dość swoich wystających obojczyków i słuchania dzień w dzień, że jestem za chudy, że mogę jeść co chcę, bo mi nic nie grozi, że powinienem coś z tym zrobić. Znowu zaczęła się pora roku, gdy ładni ludzie wychodzą w krótkich ubraniach i widać ich sylwetki, nad którymi pracowali całą zimę, a mi widać wciąż te same kości.

W związku z tym pięknym pomysłem poszedłem do ortopedy. Postanowiłem dopytać się o to, co powinienem, co muszę, a czego nie można mi robić. W dodatku chciałem po roku chodzenia na basen sprawdzić, czy cokolwiek zmieniło się jeżeli chodzi o mój pokraczny układ kostny. Trafiłem na lekarza obcej narodowości, który w pierwszym pytaniu po „dzień dobry” łamaną polszczyzną zapytał czy mnie, czy brak ręki to amputacja czy też wada wrodzona. Jego porada ograniczyła się do stwierdzenia, że mogę i powinienem robić wszystko poza podnoszeniem ciężarów. O ile podoba mi się taka ogólna uwaga – przyzwolenie robienia prawie wszystkiego, o tyle pan doktor nawet nie obejrzał mojego kręgosłupa. Podpytałem też przyjaciela o dietę. Bardzo poważnie rozważam wrócenie na stałe do mięsa – głównie białego, ale jednak mięsa. Chcę też zdecydowanie zwiększyć ilość wysokobiałkowego pokarmu, a powoli kierować się w stronę całkowitego wyeliminowania słodyczy, mleka, alkoholu czy słodkich napojów – już teraz unikam większości z nich, ale jednak pojawiają się w mojej ocenie nadal za często.

I chciałbym zaapelować, że jeżeli ktoś szuka kompana do sportu, polecam się – zawsze trudno mi iść samemu do nowego miejsca, na nową aktywność (mam tak też z barami, kawiarniami, restauracjami czy urzędami), ale z kimś chętnie się wybiorę i spróbuję.

Oczywiście teraz będą zaliczenia na studiach, więc trudno to wszystko ogarnąć czasowo, ale od drugiej połowy czerwca zostanie mi „tylko” praca i będę miał mnóstwo wolnego czasu, by się męczyć! O tak!

piątek, 3 maja 2013

(nie)zdrowe jedzenie


Skłaniam się ku tezie, że nie ma czegoś takiego jak „zdrowe odżywianie się”. Nie często się tym chwalę, ale w liceum brałem udział w Ogólnopolskiej Olimpiadzie Wiedzy o Żywieniu. I o ile nazwa rzeczywiście jest wręcz śmieszna, jest to MENowska Olimpiada dla licealistów jak ta fizyki czy historii i też daje indeksy na uczelnie bez postępowania rekrutacyjnego. Trzy lata z rzędu z mniejszymi czy większymi sukcesami zajmowałem się z jednej strony biologiczno-chemiczą stroną żywności, z drugiej strony całą tą otoczką towarowo-gastronomiczną. Musiałem wiedzieć wszystko o układzie pokarmowym człowieka, ale też znać przepis na wszystkie rodzaje ciasta i dokładny podział krowy na fragmenty mięsa. Naturalnie prawie nic z tego już nie pamiętam, ale zostało mi kilka nawyków zakupowo-żywieniowych, które zawdzięczam temu w sumie dziwnemu hobby mnie nastolatka. Np. od liceum nie słodzę, nie dodaję soli, nie smaruję pieczywa masłem, ani margaryną. Jem tylko ciemne pieczywo – najlepiej graham lub razowe – i oczywiście wiem, że producenci chleba dodają do niego karmel, by było ciemne. Nie łączę ogórków z pomidorami, bo enzym zawarty w ogórkach unieczynnia witaminę C z pomidorów (czy jakoś tak). Bardzo rzadko piję herbatę, napoje gazowane i/lub słodzone (bo paradoksalnie picie to też jedzenie). I jedno natręctwo, które w sumie wychodzi mi i mojemu portfelowi na dobre – czytam etykiety w sklepach. Można się z nich dowiedzieć bardzo złych rzeczy o swoich ulubionych produktach i szybko oduczyć się kupowania czegoś, co wydawało się zawsze niezbędne. 

Jedni uważają, że odżywiam się megazdrowo. Drudzy twierdzą, że dość kiepsko. Trzeci natomiast sądzą, że bardzo nudno. I wszyscy mają rację. Moje warzywno-rybno-ryżowo-kaszowo-makaronowe obiadki do pracy: po pierwsze – są widziane jako bardzo zdrowe i racjonalne, po drugie – spowodowały, że inni pracownicy też zaczęli się lepiej odżywiać (przynajmniej w pracy). Prawdą jest, że jem w kółko to samo. Dużo nabiału, dużo warzyw, dużo ryżu (brązowego lub białego), makaronu (graham i pełnoziarnistego), musli, serków wiejskich, mnóstwo bananów... Wychodzi mi to bokiem. O ile to wszystko wraz z otrębami, jajkami i codziennie wypitą butelką wody z dużą zawartością minerałów wpisuje się w stereotypowe zdrowe jedzenie, to wcale nie powoduje, że a) jestem zdrowy, b) mam dużo energii, c) dobrze wyglądam. Wręcz odwrotnie jestem za chudy, za blady i ciągle zmęczony. Może się przerzucę na dietę kebabową?

„To może być wina braku mięsa”. Takie wytłumaczenie słyszę bardzo często. Ale np. moja dentystka stwierdziła, że muszę jeść „więcej nabiału, a nie tylko mięcho i mięcho”… Jeszcze więcej nabiału?! Już teraz mi rozsadza układ pokarmowy! Staram się jeść w miejsce mięsa dużo ryb, fasoli, papryki, kaszy i soi. A ostatnio zdarza mi się zjeść i mięso, choć nadal sam go nigdy nie robię. 

Moimi największymi słabościami są: kawa, wafelki i pizza (której od przeprowadzki nie jadłem). I obstawiam, że to właśnie te parszywe rzeczy rujnują mi cerę, która na nawet minimalną ilość alkoholu, czekolady, chipsów, tłustego jedzenia reaguje falą pryszczy. Ulrich Beck miał rację, że najzdrowiej byłoby nie jeść nic.

sobota, 27 kwietnia 2013

gdybym był hetero


Gdybym był hetero… ale nigdy nie byłem (?). Nie chcę wnikać, czy orientacja seksualna jest w nas od zawsze, czy od pewnego momentu. Nie wiem, czy jako dziecko można mieć już określoną lub zaszytą gdzieś seksualność. Nie miałem też nigdy ambicji wnikać w powody swojego gejostwa. Słyszałem, że to wina innej budowy jakiegoś elementu mózgu. Nie zaskakuje mnie też uzasadnianie, że to przez brak ręki lub bo rodzice są, jacy są i nie miałem dobrego wzorca męskiego w rodzinie. W pewnym sensie przechodziłem wszystkie etapy. Odkąd pamiętam podobali mi się faceci. Nie jestem jednak w stanie teraz podać konkretnej daty, ani konkretnego zdarzenia, od którego miałoby zacząć się moje bycie homo. Nawet wtedy, gdy latałem za koleżankami z klasy, czułem, że coś jest nie tak. Bo dziewczyny miałem (to prawie brzmi jak seksizm). I na takim etapie, gdy chodziło się z koleżanką z klasy tak dla „chodzenia” i wolnych tańców na szkolnych dyskotekach, aż do zerwania wysłanego na kartce podczas lekcji; i na tym etapie, gdy w grę wchodzą już poważne emocje i zdarzenia (nie żeby te dziecięce emocje nie były poważne, bo adekwatnie do wieku są), a seksualność wydaje się być już wykrystalizowana. Nie wiem, dlaczego mając ponad 18 lat, spotykałem się jeszcze z dziewczyną. Jak wracam do tego teraz, sam czuję niesmak wobec swojego postępowania, które w dość oczywisty sposób było oszustwem. Wtedy nie myślałem o sobie jako o kłamcy i w pewnym sensie próbowałem się sprawdzić, a przede wszystkim brakowało mi ciepła. Teraz uważam, że to było niesprawiedliwe.

Gdybym był hetero… ale nie jestem. W ostatnich dniach byłem lekko przeziębiony. Przy katarze z reguły mam problem z wysuszającymi się śluzówkami. Pod koniec dnia pracy, przed samym wyjściem z banku posmarowałem usta pomadką. Zauważyło to jedna z koleżanek i skomentowała żartobliwie, żebym się już tak nie malował. Wytłumaczyłem, że pieką mnie usta. Ona na to, że to na pewno od całowania. Odparłem, że nie, ostatnio nie miałem okazji się z nikim całować. Koleżanka podsumowała, że nie wierzy, bo taki chłopak jak ja to na pewno „obraca teraz jakąś dziewczynę” (w kontekście powyższego jest to autoseksizm). Zamarłem. Oni myślą, że jestem hetero. Już raz podczas żartów o seksie i gejach padło kilka zdań, które w sytuacji jawności mojego homoseksualizmu, nigdy nie zostałby wypowiedziane, ale pomyślałem wtedy, że się zwyczajnie jeden kolega rozpędził, bo miał dobry niemal kabaretowy flow. Nie tylko w pracy zdarza mi się wciąż spotykać się z posądzeniem o bycie hetero. Na uczelni, w sklepie, w rodzinie… to chyba wynika z nieumiejętności obserwacji. Albo z nieznajomości charakterystyk gejowskich. Albo z niechcenia zobaczenia. Albo jeszcze z niewpadnięcia na to,  że geje są obok – że to nie tylko wymysł medialny, ale realne jednostki metr obok.

Gdybym był hetero… ale nigdy nie będę. Przystanek końcowy.

„Gdybym był hetero” jest w tej chwili dla mnie prawie jak „gdybym miał dwie ręce” – albo zmieniłoby się wszystko, albo nie zmieniłoby się nic. Tylko po co się nad tym zastanawiać?

niedziela, 21 kwietnia 2013

Hobbes miał rację


11 września 2001 roku miałem 14 lat i byłem w drugiej klasie gimnazjum. Pamiętam, że wróciłem ze szkoły, zjadłem i od razu zabrałem się do nauki. Siedziałem przy biurku tyłem do włączonego telewizora, gdy jednym uchem usłyszałem o ataku na WTC. I się zaczęło… przez tydzień w szkole mówiliśmy tylko o terroryzmie. Większość nauczycieli czuła, że musi z nami o tym porozmawiać i opowiedzieć o odwiecznej walce dobra ze złem. Zupełnie podobnie było po śmierci Jana Pawła II czy podczas występów polskiej drużyny piłki nożnej na mundialu w Japonii i Korei Pd. - połowa lekcji się wtedy nie odbywała, a społeczeństwo ogarnął jakiś taki dziwny stan histeryczno-sparaliżowany. Jeszcze był zamach w Madrycie, w Londynie, w Norwegii, a w tym tygodniu doszedł i Boston. Czuję się wręcz bombardowany newsami na temat zamachów, bomb, ofiar, podejrzeń, pościgów, rakiet, strzałów w szkołach… i lekko to po mnie spływa. Mam poczucie, że po wszystkich to spływa. A przynajmniej po tych, z którymi mam bezpośredni kontakt. Rzadko oglądam telewizję, ale jak już uda mi się u kogoś obejrzeć „wiadomości”, mam wrażenie, że to niemal kronika wojenna i jeszcze do tego spis zgonów, wypadków, katastrof. W sumie nie dziwi mnie, że taki Boston już nie porusza. Z jednej strony media zamęczają czerwonymi „breaking news” wyolbrzymionymi do granic możliwości. Z drugiej natura ludzka nie jest w stanie reagować na całe zło i zwyczajnie wycofuje się ze „współodczuwania”, gdy znowu ktoś kogoś wysadza w powietrze. A z trzeciej minimalnie chyba istnieje w Polsce przekonanie, że terroryzm nas trochę nie dotyczy. No chyba, że ktoś wierzy w zamach smoleński.

Czy kogoś dziwi jeszcze w ogóle zło wyrządzane przez ludzi? Czytam o martwych dzieciach trzymanych w lodówce, gwałconych dziewczynkach w Indiach, zamachowcach samobójcach na Bliskim Wschodzie, psychopatach z bronią i co? Hobbes miał rację. Zawsze się z nim zgadzałem, że ludzie są z natury źli. I o ile często terroryzmu nie da się wyjaśnić czy uzasadnić, o tyle łatwo jest to wszystko podsumować zwalając na niezdefiniowane zło tkwiące w jednostkach. Mam takie momenty, że jadę metrem/pociągiem i  wyobrażam sobie zamach. Bo przecież o to w nich chodzi – często tylko o to. By ot tak, nagle, niespodziewanie, niewinnie, niemal przypadkiem akurat tutaj i wtedy wysadzić coś, a najlepiej i kogoś, w powietrze. Jebut i koniec. Temat na kilka dni. Wytłumaczyć, nie wytłumaczą (bo nie mogą), ale opowiadać, pokazywać, wałkować będą bez przerwy.

A moja babcia twierdzi, że na zdjęciach z zarostem wyglądam jak gruziński terrorysta. Co jest w sumie bardzo śmieszne. Ale jak mnie kiedyś nie wpuszczą do USA za moje zdjęcie w paszporcie, śmiać się nie będę.

To nie jest tak, że tragedia ludzka mnie nie rusza. Zdaję sobie sprawę, że za wielkimi atakami o podłożu politycznym stoją minitragedie rodzinne. Tylko to męczące jest. Niemyślenie, niemówienie, nieczytanie o tym jest łatwiejsze. Cieszmy się, póki ktoś nie wysadzi nas w naszej ulubionej kawiarni.

niedziela, 14 kwietnia 2013

piątek wieczorem


Zdarza się, że bardzo wolno, ale zawsze nadchodzi piątek wieczór. Prawie zawsze to moment odetchnienia, relaksu, obniżenia obrotów. Początek weekendu, który wbrew prawom fizyki mija dwa razy szybciej niż jakikolwiek inny czas, oznacza dla mnie ostatnio tylko jedno: sen! Już któryś piątek z rzędu wracam do domu około 19:00 i mniej więcej 21-21 leżę już w łóżku i chcąc-nie-chcąc zasypiam patrząc w ekran komputera. Ostatni raz na imprezie w piątek byłem na urodzinach przyjaciela w połowie stycznia, a tak z wyjściem do klubu to chyba jakoś w październiku. I pytam sam siebie często „dlaczego?!”. Tak, jestem stary. Tak, jestem zmęczony. Brakuje mi snu, posiedzenia w domu w brudnym ubraniu, czasu na zajęcie się „mieszkaniem”, sprzątnięcie, zrobienie prania, ugotowanie czegokolwiek innego niż ryż z warzywami z puszki. Weekendami nadrabiam leniuchowanie, ogarnięcie samego siebie, nauki, czytania, zakupów, często to jedyne dni, gdy mogę spokojnie iść na basen. Przyznam, że mnie to frustruję. Nawet jeżeli zaplanuję sobie imprezę, staram się na nią nastawić, wręcz zmusić, gdy przychodzi piątek i upewniam się na stronie http://www.czytoweekend.pl/, że jest weekend – nie mam siły i chęci. Po dwóch miesiącach jednoczesnego studiowania i pracowania dopadł mnie pierwszy poważniejszy kryzys. Moja cudowna babcia, która z reguły jest skarbnicą niemal kabaretowych tekstów stwierdziła, że nie mam innego wyboru, tylko się jeszcze ten ponad rok przemęczyć, a potem to już będzie lightowo. No i oczywiście mnie to i rozśmiesza, i dobija.

Wracając z pracy w piątek wchodzę do sklepu, kupuję sobie coś dla przyjemności (w ostatni piątek były to lody, którymi „świętowałem” przedłużenie umowy w pracy) i zamykam się w swoim pokoju. Wielu zgodzi się ze stwierdzeniem, że piątek wieczór to czas święty. Dla mnie ma to wymiar jak najbardziej realny – w piątek nigdy nie biorę się za żadne obowiązki. Bez względu na to, jak bardzo wiele zadań mam do zrobienia w weekend, piątek zostawiam dla nic-nie-robienia. Tak też radziła mi babcia – „że nawet w najbardziej obłożonym tygodniu musisz znaleźć chwilę dla siebie”. I cokolwiek znaczy  „czas dla siebie”  – bo przecież wszystko co teraz robię jest jakąś inwestycją w siebie na przyszłość – zawsze staram się słuchać swojej mądrej babci. Od dzieciństwa piątkowe wieczory są moje i dla mnie: bez szkoły, bez sprzątania, bez gotowania, bez pracy, bez planowania, bez martwienia się. Po prostu reset mózgu, bez rzeczy, które w pozostałe wieczory zaśmiecają mi myśli. 

Naturalnie brakuje mi spotkań z przyjaciółmi na drinka, film, granie, śmiechy, wyjście do klubu czy np. szalony weekendowy wypad do innego miasta. Czasami udaje mi się wyjść gdzieś do kogoś w sobotę, choć to nie proste. Nie ma co ukrywać, że w pewnym stopniu brak funduszy też blokuje weekendowe rozrywki. I jak mantra: „kiedyś to zaprocentuje, kiedyś to zaprocentuje, kiedyś to zaprocentuje”.

Ciekawe czy babcia bierze pod uwagę możliwość mojego zawału serca?

sobota, 6 kwietnia 2013

Mihał publiczny


Miałem ostatnio referat. Zawsze ze wszystkich przedmiotów, na których referat to jakaś część zaliczenia, staram się mieć ten element jak najszybciej z głowy. Także pierwszy miesiąc semestru mija mi na przygotowywaniach prezentacji. Bardzo często są to tematy, które zupełnie mnie nie interesują, ale fakt, że są pierwsze w kolejności wystarcza, by się nimi zająć. I tak w ostatni piątek na procesach grupowych opowiadałem o grupach odniesienia, liderach opinii i generalnie o wpływie społecznym. Wszystko tam zaczęło się od tego, że obecność innych ludzi może ułatwiać wykonywania jakiejś czynności lub ją utrudniać. Banalny wniosek, banalne przykłady. W tekście amerykańskiego autora była między innymi mowa o występie publicznym jako przykładzie na hamujący wpływ obecności grupy. I wtedy pomyślałem, że u mnie jest odwrotnie. Owszem, często denerwuję się przed wystąpieniami, ale tak w szerszym spojrzeniu to sprawiają mi one więcej przyjemności niż niepokojów. Nie od dziś znam swoje mocne strony i elokwencję zaliczam do swoich wielkich zalet. Umiem mówić ładnie, bez zająknięć, pełnymi myślami i zdaniami, a w dodatku na jakikolwiek temat. Jeżeli uznamy, że można kogoś przegadać lub zagadać, to ja z pewnością to potrafię. Takie publiczne przekazywanie prawd objawionych zebranej publiczności (bo umówmy się, że tekstów referatowych nikt na zajęcia nie czyta) sprawia mi niemal dziką frajdę. Mogę pokazać, przekazać, wytłumaczyć, rozśmieszyć, a odbiory notują, będą potem powtarzać moje słowa. Jeszcze w liceum przy okazji jakiegoś referatu na wos nauczycielka wróżyła mi karierę wykładowcy uniwersyteckiego. Jak wiadomo moje losy potoczyły się skrajnie inaczej, ale podświadomie wiem, że mógłbym być profesorem z powołania, niemal jak na filmach, gdzie nauczyciela ze szkoły pokazuje się też jako mentora życiowego. 

Jeszcze nigdy nie oblałem ustnego egzaminu. Zdarzało mi się być w wielkich tarapatach po usłyszeniu pytania, ale jakoś dzięki nawijce, laniu wody i niepozornym zmienianiu tematu wychodziłem z opresji. Czy to egzamin z marszu, czy po hiszpańsku przed komisją czy w pracy z nie-wiadomo-czego, zawsze się udaje. Zdaję sobie sprawę, że to dzięki mieszance dobrej pamięci, wygadania, kropli litości wobec mnie, syndromu Matki Teresy i efektu dobrego wrażenia, które jeszcze czasem udaje mi się wywołać. Ostatnio usłyszałem od uśmiechniętego egzaminatora, że „Pan to mógłby mi wszystko sprzedać, wszystko wcisnąć, a ja bym jeszcze się ukłonił i podziękował”. Inny jeszcze w sesji zimowej stwierdził, że „ten egzamin to była dla niego czysta przyjemność i najlepsze dziś spotkanie”. Takie rzeczy dają pałera!

Moja pewność siebie to cecha, która ma chyba największą skalę wartości. Raz nie mam chęci wychodzić z pokoju, a innego dnia chcę przemawiać do tłumów. A warunkowana jest przez wiele czynników: od (nie)wyspania się, przez ilość pryszczy na ryju, po zestaw odzieży na dany dzień.

I chyba jestem dość otwarty i publiczny. Często dostaję za to po łapie, często jestem za to oceniany, skreślany lub nawet zwalniany z pracy, no ale cóż. To też mój pomysł na siebie i obronny mechanizm selekcji otoczenia.