hipokryta, hipochondyk, hipopotam

blog Mihała to miejsce zwykłe

miejsc zwykłych jest dużo

niedziela, 24 lutego 2013

and the Oscar goes to... 2013


Po raz szósty w życiu udało mi się obejrzeć zdecydowaną większość filmów oscarowych przed galą wręczenia statuetek. W tym roku dodatkowo obejrzałem 9 na 9 filmów nominowanych w kategorii najlepszy film roku 2012. Czuję się megazrealizowany! Nie było łatwo wcisnąć tyle godzin w kinie do mojego grafiku, nie wspominając już o kasie na bilety. Mam swoje typy, mam filmy, które podobały mi się najbardziej, ale jednocześnie jestem świadomy, że szans na zwycięstwo nie mają. Biorąc pod uwagę własne odczucia, rozdane Złote Globy i BAFTY, przedstawiam moją listę zwycięzców w najważniejszych kategoriach. Pominąłem te, na których się nie znam lub nie mam pojęcia o konkurujących obrazach.

Najlepszy film: „Operacja Argo”. Wygra „Argo’, „Lincoln” lub „Wróg numer jeden”. Wszystkie łączy poruszenie megaamerykańskiego i megaważnego politycznie tematu. „Argo” jest chyba najlepiej zrealizowany. No i jest scena Bena Afflecka bez koszulki. Oraz wygrał Globy i BAFTĘ.

Najlepsza aktorka: Jessica Chastain – „Wróg numer jeden”. To jedna z trudniejszych kategorii. Faworytki nie ma, a żadna z Pań mnie nie zachwyciła. Obstawiam jak Globy. Chociaż Naomi Watts, którą bardzo lubię, pozwoliła się pokroić i oszpecić do roli.

Najlepszy aktor: Daniel Day Lewis – „Lincoln” lub Hugh Jackman – „Nędznicy”. Jeżeli Akademia nie będzie chciała dać trzeciej statuetki genialnemu Danielowi, Oscara dostanie megaprzystojny Hugh.

Najlepszy reżyser: Steven Spielberg – „Lincoln”. Jeżeli Lincoln nie wygra całych Oscarów, dostanie go za reżyserię.

Najlepszy aktor drugoplanowy: Christoph Waltz – „Django Unchained”. Bezapelacyjna rola życia.

Najlepsza aktorka drugoplanowa: Anne Hathaway – „Nędznicy”. Wszystko co Akademia lubi najbardziej. Piękna buzia oszpecona, Anioł upadły. Nagroda zasłużona. W końcu Anne grała dwa razy z Jakiem Gyllenhaalem!

Najlepszy zagraniczny film: „Miłość”. Rozumie się samo. Identycznie było np. z filmem animowanym Wall*e - nominacja w kategorii najlepszy film w ogóle, statuetka w kategorii najlepszy film animowany.

Najlepszy scenariusz oryginalny: „Kochankowie z księżyca. Moonrise Kingdom” (Wes Andreson, Roman Coppola). Tu ryzykuję. Ale jestem za tym ze względu na nagrodzone kilka lat temu „Juno”. To film podobnie lekki i śmieszny. Prosty, a jednocześnie mistrzowski.

Najlepszy scenariusz adaptowany: „Pamiętnik pozytywnego myślenia” (David O.Russell). Podobnie jak wyżej. Jakoś Akademia musi docenić ten piekielnie dobrą komedię. Ten film daje pstryka w nos sformułowaniu „głupia amerykańska komedia”.

Najlepsza piosenka: „Skyfall” z filmu „Skyfall”. Chyba nie było wątpliwości, że kibicuję Adele?

Najlepszy długometrażowy film animowany: „Merida Waleczna”. Po prostu najgłośniejszy.

Rozłożenie nagród wskazuje na jedną bardzo dobrą rzecz apropos dzisiejszej ceremonii. Nie ma zdecydowanego faworyta. A to oznacza, że będzie ciekawie. Wszystkiego nie zgarnie „Władca Pierścieni”.

niedziela, 17 lutego 2013

datę swojego pogrzebu też wpiszę w kalendarz


Gdyby nie uporządkowanie i organizacja czasu, umarłbym już dawno temu. Na wszystkich rozmowach kwalifikacyjnych, które przebyłem w życiu, na pytanie o moje mocne strony w pierwszej kolejności wymieniałem zorganizowanie, zaplanowanie i dyscyplinę czasową. Ostatnio odkryłem, że jestem lepiej zaplanowany niż serwis jakdojade.pl, bo znalazłem lepszą i szybszą drogę z Dworca Wileńskiego na Dickensa niż ta sugerowana jako optymalna. O znaczeniu kalendarza Google w moim życiu pisałem już nie raz. Odkąd mam nowego smartfona, dostęp i podręczność tego narzędzia często ratują mi skórę i ułatwiają poruszanie się po własnym życiu. Gdyby nie pewne małe powtarzalne każdego dnia czynności, nie udawałoby się mi realizować wszystkiego, co na dany dzień jest w planie. Bo jak jednocześnie studiować dziennie, pracować na etat w Wołominie, chodzić na basen 2-3 razy w tygodniu, raz w tygodniu dorabiać sprzątając mieszkanie, chodzić do kina jak porąbany i utrzymywać bliskie relacje z niemałym gronem przyjaciół. Poza tym nikt za mnie nie zrobi zakupów, prania, nie sprzątnie pokoju i nie przeczyta wszystkich tekstów na zajęcia. To wszystko to jednocześnie przekleństwo, bo czuję ogromne zmęczenie, obciążenie i zombieję w oczach, ale i błogosławieństwo, bo czas szybko leci, znajduję jakoś jednak czas na wszystko i w końcu czuję realizujący się.

Takie życie bez spontaniczności wiąże się  z wyrzeczeniami. Nie bardzo mogę wyskoczyć na piwo czy kawę za pół godziny. W zasadzie nie chodzę na imprezy. Uprzedzam lojalnie wszystkich zainteresowanych moim widokiem, że umówienie się ze mną na spotkanie bez odpowiedniego wyprzedzenia nie ma szans. Po miesiącu od rozpoczęcia nowej pracy już poczułem pierwszą falę pretensji, że nie ma dla kogoś czasu. Owszem, dla osób, które nie szanują mojego czasu i chcą się spotkać tego samego dnia, w którym o tym mówią, bo akurat mają wolny wieczór, nie mam. Nic nie poradzę. Każdego dnia poza pracą i uniwersytetem mam jakąś dodatkową aktywność. Kolacja, kawa, kino, basen, randka, zakupy, urodziny… w domu tylko śpię. Organizm powoli przyzwyczaja się do wstawania o 5:30 i spania po 6 godzin. W weekend bardzo pilnuję, by z piątku na sobotę i z soboty na niedzielę spać 8. Biologiczna dyscyplina i tak sama budzi mnie maksymalnie o 7. Niesamowite jest też to, jak bardzo doceniam i wykorzystuję teraz weekendy. Praca diametralnie zmienia poczucie i rozumienie czasu.

Chętnie też udostępniam swój kalendarz Google, więc jeżeli ktoś ma życzenie dostępu do mojego planu tygodnia, by móc zaplanować ewentualne randewu ze mną, zapraszam.

Oraz powinien być w Warszawie jakiś całodobowy basen, na który mógłbym chodzić np. o 5 rano lub o 23. Bo zakładam, że zmieszczenie wszystkiego w dobie jest możliwe. Tylko niekoniecznie Warszawa ze mną w tym współpracuje.

czwartek, 14 lutego 2013

myłość!


Miłość jest dynamiczna. Po pierwsze, bo każdego dnia wygląda inaczej i musi się stawać, by istnieć. Po drugie, bo zmienia się jej moje definiowanie. Gdybym miał napisać blo walentynkowe w 2012 roku, brzmiałoby ono zupełnie inaczej, niż to pisane teraz przy okazji 2013. Z roku na rok moja próba rozumienia, o co chodzi w zakochaniu, bardzo się zmienia. Nadal twierdzę, że prawdziwie zakochany byłem raz. Jednocześnie jestem świadomy, że za dwa-trzy lata z racji zmiany pojmowania miłości, mogę stwierdzić, że to nie była miłość. A może właśnie jest i będzie, bo należy ją zawsze osadzać w kontekście czasu, wieku i doświadczenia? Że moja pierwsza miłość z czasów, gdy chodziłem do gimnazjum, to była miłość i nie zatraciła tej etykiety w momencie, gdy dorosłem i zacząłem odczuwać trochę odmiennie? Chyba nikt nie ma prawa twierdzić, że miłość 17latków, którzy znani są z „szukania wielkiej nieskończonej miłości” jest czymś gorszym niż uczucie łączące emerytów obchodzących złote gody. Bo czy oni nie chcą tego samego? Tak, chcę wielkiej, nieskończonej miłości. Na chwilę obecną w takiej postaci, w jakiej pojmuję ją jako almost-26-letni Mihał.

Ostatnio widziałem miłość i ostatnio widziałem „Miłość”. W czasie spotkania i rozmów o sprawach codziennych z dobrym kolegą w pewnym momencie zeszliśmy na temat chłopca, z którym się teraz spotyka. I dosłownie zaświeciły mu się oczy, gdy wymienił jego imię. Bardzo krótka chwila, a tyle światła. I to mocnego, bo i u mnie wywołało reakcję. Właśnie w takich szczegółach widzę i rozumiem miłość. Nie w rzucaniu się pod pociąg czy bukietach róż tylko w codzienności. I tak miłość widziałem też we francusko-austriackiej „Miłości”. Unaoczniono tam pewne stadium relacji, które tylko potwierdza dynamizm zjawiska. Dalej, troska, miłość, przywiązanie zostały pokazane niemal na tacy. W jednej scenografii, bardzo powoli, domowo i bez wielkiego wow. Jeden zapyta: po co pokazywać starych ludzi i ich podwórko, drugiego zachwyci wizja takiej przyszłości. Tylko to docenione przez Akademię dzieło pokazuje też inną rzecz. Miłość to sztuka wyborów, trudnych decyzji, a przede wszystkim kwestia czynów. Miłość się robi, może bardziej stwarza. Nie jest, bo jest. Żyje, bo jest działanie. Wartością tego filmu jest to, jak w prostych czynnościach widać emocje, a jednocześnie jak trudno jest pokazać to, co wydaje się najprostsze. 

Skoro o miłości, na miejscu wydaje się przypomnieć wiele razy już wspominane trzy kłamstwa największe. 1. Wygląd się nie liczy; 2. Nie chcę/nie mogę być z Tobą, zostańmy przyjaciółmi; 3. Ooo, jak dawno Cię nie widziałem, musimy się wkrótce spotkać na kawie i pogadać.

Myłość!

niedziela, 10 lutego 2013

życie dla siebie po macoszemu


Na to blo miałem już tzw. „temat zastępczy”. Jeden z listy tych, o których prędzej czy później powinienem napisać, ale jednocześnie brakuje mi weny, pomysłu, chęci. Krótkie sobotnie spotkanie z Kolegą A zaowocowało inspiracją aż na dwa wpisy! To i podziękuję tu: dziękuję A! Swoją opowieścią o życiu rodzinno-towarzyskim i sformułowaniem o dzieleniu się szczęściem z innymi, wywołał myśl i pytanie o to, czy żyjemy dla siebie, czy też dla kogoś/czegoś. Oczywiście jest też Kolega B. Gdyby nie było Kolegi B, nie byłoby Kolegi A. Kolega B pojawia się w niedzielę i na powyższy problem dorzucił tylko, że od wieków filozofowie się o to spierają. Czyli już źle. Dziękuję B! 

Chyba żyję dla siebie. Przez chwilę zastanawiałem się czy stwierdzenie „żyję dla siebie” nie jest niepoprawne, w sensie czy niepoprawne moralnie, ale jednak nie jest dla mnie. Z jednej strony miałem okresy parcia na związek, z innej jeszcze zajmowałem się wolontariatem i innymi formami bezinteresownej pomocy innym, ale w gruncie rzeczy jestem sam sobie. Raz się już nad tym zastanawiałem. Całkiem niedawno ktoś w pracy wywołał dyskusję o finansach. Nie padały kwoty, ale mniej więcej każdy wie, kto ile może na danym stanowisku zarabiać. I wtedy pomyślałem, że ktoś za takie same pieniądze jak moje, musi ubrać, wyżywić i wychować dziecko. Że żyje dla kogoś i zarabia dla kogoś. Swoją pensję wydaję całkowicie jak chcę – naturalnie część idzie na rachunki, czynsz, długi, ale reszta tylko i wyłącznie na moje zachcianki: kino, filmy, kawy, nawet prezenty innym kupuję bardzo rzadko. O ile standardowo w związki (krótkie, bo krótkie) angażuję się bardzo i nie mam problemu, by żyć z kimś wspólnym życiem, o tyle obecnie żyję dla siebie. I tu znowu myśl rozchodzi się na dwie. Zdaniem Kolegi B, po dostaniu kosza jak w sinusoidzie mam teraz etap „deklaracja niepodległości”. Zdaniem moim, zakładam, że żyję dla siebie, bo zwyczajnie nie mam czasu dla innego. Praca, studia dzienne, basen, egzaminy, kino, dojazdy, spotkania z przyjaciółmi i nie zostaje czasu na randki. A już uda mi się iść na randkę – a) jestem na niej przemęczony i wypadam kiepsko; b) nie mam czasu na drugą; c) nie potrafię się zaangażować, bo nie widzę sensu. I tak widzę najbliższe półtora roku: moje życie, moje plany, moje podwórko. 

Najśmieszniejsze w tego typu problemach jest to, że nigdy się nie sprawdzają. Że ten ktoś pojawia się, jeżeli ma się pojawić i może się pojawić bez względu na stopień zajętości, zmęczenia, nastawienia na siebie i/lub (braku) parcia na relację. 

I chyba takie życie dla siebie, choć spłycone przeze mnie powyżej, daje pozorne poczucie samodzielności i niezależności. Samodzielność nie istnieje, a niezależność jest smutna.

sobota, 2 lutego 2013

wszyscy jesteśmy nędznikami


Nie lubię musicali. Nigdy nie rozumiałem idei takiego filmu pół na pół, trochę tańczą i śpiewają, trochę rozmawiają. Stąd też nie widziałem wiele z klasyki kina muzycznego. Trochę zaczęło mi się to zmieniać przy okazji „Glee”. Obejrzałem trzy serie i pewnie dzięki temu, że śpiewane w serialu piosenki są bardzo up-to-date. Śledząc fabułę, czekało się wręcz, aż Rachel zaśpiewa nową Beyonce czy Rihannę. Przyznam się też od razu, że o „Nędznkach” nie wiedziałem prawie nic. Gdzieś kojarzył mi się plakat z przedstawienia teatralnego – pamiętam, że wielki wisiał na Gran Via w Madrycie. Natomiast nie znałem autora, nie kojarzyłem piosenek – no może poza jedną śpiewaną przez Susan Boyle w Britain’s Got Talent – nie umiałbym nawet przypisać epoki literackiej. Taki ze mnie ignorant. Ale będąc na „Hobbicie”, zobaczyłem trailer. I co się okazało? A. Znam zdecydowanie więcej niż jedną piosenkę z tego musicalu. B. Hugh Jackman potrafi śpiewać. C. Zapowiedź jest naprawdę dobrze zrobiona. D. Anne Hathaway. E. Zgodnie z moją starą tradycją, chcę obejrzeć jak najwięcej filmów nominowanych do Oscarów przed ceremonią. A+B+C+D+E dało to, że w środę po pracy i egzaminie wybrałem się z bratem do kina. Zanim o samym filmie kilka spraw technicznych. Do znudzenia będę powtarzał, że jestem przeciwny jedzeniu w kinie. Kobieta obok mnie płakała i żarła delicje, które notabene jej raz wypadły na podłogę. Dalej, czy wyłączenie telefonu komórkowego przed wejściem do kina to aż taka trudność? Jednej osobie siedzącej tym razem za mną zadzwonił telefon 2 (dwa!) razy w trakcie śpiewania przez Fantine „I dreamed a dream”! Chyba najważniejszy moment jej roli i do tego piosenka, którą kojarzą wszyscy. Ale dość marudzenia.

Dwie krótkie piłki. Według mnie to nie jest musical. Film jest za długi. Broniąc pierwszego – naprawdę zaskoczyłem się tym, że wszystko tam jest śpiewane. Momentami mnie to wręcz przytłaczało i lekko śmieszyło. Czy zawsze tak jest? Musical jako film dla mnie oznacza normalny dialogowany film z przerwami na piosenki z tańcem, dynamicznym tłem i dużą liczbą osób na ekranie. No chyba, że to smutna piosenka. To jakaś nowa jakość w kinie, która dla mnie była jednak męcząca. A za długi, bo patrzyłem na zegarek. Nie mam nic przeciwko długim filmom, podczas oglądania których nie czuje się upływu czasu. Tym razem miałem dość i zerkałem, kiedy się skończy. Otwierająca scena wciągania statku robi mega wrażenie, które zderza się ze śpiewającymi męskimi Jackmanem i Crowe. O ile nie mam nic do zarzucenia zdolnościom wokalnym, o tyle Crowe nie pasował mi w rajtuzach i na śpiewająco. Anne Hathaway jest bardzo bliska Oscara. Ta rola ma wszystko, co lubi Akademia – emocje, destrukcję, wyrywanie zębów, niechciany seks, łzy, no i najważniejsze – kilkuminutowy popis aktorski Anne we wspomnianej wyżej piosence. Nie do końca byłem przekonany o dobrej obsadzie ról młodych. Ani dziewczyna, ani chłopak nie przypadli mi do gustu, ale właśnie o gust tu chodziło. Bratu Marius się megapodobał, mi wcale.

„Nędznicy” niosą niesamowity ładunek emocjonalny. Gdyby nie wielowątkowość i zrywające napięcie role Cohena i Carter, można by się porzygać od sentymentu. Bo ten film ma wszystko, Victor Hugo napisał, a Tom Hooper pokazał całą gamę emocji i sytuacji, które czynią to dzieło ponadczasowe.

A tytułowymi nędznikami jesteśmy wszyscy. I ten film cudownie to pokazuje. Nie chodzi o pieniądze, nie chodzi status. Jesteśmy nędzni i bezsilni w emocjach, przy siłach wyższych. W tym sensie jesteśmy równi, a o równość właśnie walczyli przystojni Francuzi na barykadach.


niedziela, 27 stycznia 2013

klakiery


Od kilku tygodni spokoju nie daje mi jedna myśl. Przy całej mojej wielkiej refleksji o szczęściu oraz towarzyszącym jej zmianom, zastanawia mnie rola osób trzecich. Dość oczywistym wydaje się, że przyjaciele wspierają. Dalej, że wyrazy wsparcia, uśmiechy, słowa otuchy, gratulacje, pozytywne sygnały wysłane smsem, fejsbukiem, wypowiedziane wprost – to wszystko z założenia dobre i pomocne znaki. Tylko mój często-komplikujący-wszystko umysł dostrzegł w tych wszystkich zachowaniach nowy jakościowo dla mnie element. Coś, co wynika z kilku rzeczy, a jednocześnie jest chyba naturalne. Spora część moich relacji opiera się o stosunek opiekuńczości. Mihał z racji swojej niepełnosprawności, częstych problemów z finansami, rozterek sercowych (czytaj dużej ilości koszy/ów?), depresyjnych nastrojów czy zawiłych stosunków rodzinnych (biologicznych) wiecznie potrzebował i potrzebuje pomocy. Wiem, że sam często stawiam się w takiej sytuacji. Wiem też, że nie łatwo się z tego wyplątać. Do tego wszystkiego zazwyczaj nie mam wyboru i korzystam z pomocy. Zazwyczaj też nie ma nic złego w przyjęciu pomocy. Tylko to wszystko jest na razie na takim poziomie, który odkryłem już dawno i z którego akceptacją nie miałem nigdy problemu. Gdyby nie ogrom pomocy, pewnie dałbym rady znaleźć się tu, gdzie jestem i już dawno zapijałbym mordę w starej kamienicy w Szczecinie. Tylko jest „ale”.

Usłyszałem na wykładzie o „Piętnie” Goffmana. I o tym, jak w interakcjach z osobami z widocznym piętnem często pozwalamy sobie na więcej niż w tych „równych”. Zrozumiałem, że mój brak ręki pozwala na wejście mi na głowę. I z tego wynikają wszystkie kasjerki, które pytają o brak przedramienia, wszystkie wyrazy sympatii od obcych ludzi na ulicy i chyba też trochę moje bardziej złożone znajomości. Skrajnym przykładem jest syndrom matki Teresy, którego bardzo często zdarza mi się doświadczyć. W 90% przypadków, gdy dostaję kosza, dostaję również zapewnienie o bezwarunkowej chęci bezinteresownej pomocy. W połowie z powyższych obrywam jeszcze stwierdzeniem, żebym „nie pomyślał sobie, że to przez to, że nie mam ręki”. I mi wtedy wszystko opada. Diametralnie odwracają się moje emocje wobec takiej osoby i osąd wkracza na ścieżkę frajerstwa. Trochę podobnie jest z moim widzeniem fali klaskania. Wszyscy dookoła Mihałowi klaszczą, bo Mihasiowi się w końcu od życia coś należy, bo wszyscy chcą, by Mihaś miał dobrze, prawie na siłę był szczęśliwy. Ułamek niemal wymaga ode mnie jakiś zachowań czy decyzji, bo opieka łatwo przeradza się w tyranię. 

Problem zaczyna się już we mnie. Pozwalam sobie na głowę wejść. Updejtując wciąż o swoich pasmach porażek życiowych i mówiąc głośno o swoich sukcesach, niemal zachęcam do zajmowania stanowiska. Fejsbuk, blog czy niekończące się mówienie o sobie i niewiele więcej potrzeba. Chcę samodzielności, muszę ją zacząć od siebie. Wręcz od takich prostych spraw jak język którego używam.

Mam wrażenie, że za tym klaskaniem nic nie stoi. Że wszyscy twierdzą, że Mihał jest super. I ja wiem, że jestem super. Tylko ciągle coś nie działa, nie idzie do przodu, nie zaskakuje i jest nieobecne. Bo co mi po tym, że facet dający kosza stwierdza na koniec, że jestem inteligentny, wrażliwy, fajny, błyskotliwy, wyjątkowy i mam magiczne oczy? Ja to wszystko wiem.

sobota, 26 stycznia 2013

kwaśne szczęście


Z początkiem stycznia postanowiłem być szczęśliwy. Choć brzmi to jak tytuł amerykańskiego poradnika, naprawdę uwierzyłem, że tak będzie. W trzy tygodnie moje depresyjne życie odmieniło się o 180 stopni: zacząłem pracę (de facto miałem do wyboru trzy (!) różne oferty), poznałem bardzo interesującego faceta, zakończyłem toksyczną znajomość, byłem w Szczecinie po ponad 1,5 roku nieobecności, pierwszy raz jeździłem na nartach w Białce Tatrzańskiej, chodziłem na basen, zacząłem dobrze sesję, Radwańska wygrywała 13 spotkań z rzędu itp., itd. Żyłem w równoległej rzeczywistości, wierząc i wiedząc, że to słuszne, prawdziwe i moje, i że Mihał jest nowy. Dostałem około 5-6 wiadomości od znajomych bliższych czy dalszych, że się bardzo cieszą, że lubią uśmiechniętego Mihała, że gratulują i oby tak dalej. I mi to też się podobało –mój uśmiech był szczery, a poziom endorfin sięgnął chyba jakiegoś drugiego sufitu. Symbolicznie można to rozpatrywać w kontekście zmiany daty i twierdzić, że rok 2013 jest rokiem mihałowym. Dorzucić do tego można, że „było już tak źle, że w końcu musiało być lepiej”. A podsumować wciąż przeze mnie nieuznawanym, że to „wszystko zależy tylko ode mnie i jeżeli założę, że będę szczęśliwy, to będę szczęśliwy”. Cokolwiek to znaczy.

Uświadomiłem sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, że bycie szczęśliwym – bez względu na fakt czy chodzi o bycie szczęśliwym czy wmówienie sobie, że jest się szczęśliwym – jest bardzo męczące. Praca, studia, baseny, imprezy, wyjazdy, spotkania, telefony, dojazdy, kaweczki, książki, filmy – to wszystko dobrze wygląda na fejsbuku. W rzeczywistości czuję, że jestem cieniem samego siebie. Od 10 dni nie spałem dłużej niż 5 godzin, spędzam po 16 godzin poza domem, nie mam kiedy zjeść ciepłego posiłku, jestem wypryszczony, wybladzony i mam gigantyczne wory pod oczami. Łatwo stwierdzić, że marudzę, tylko że na bilans energetyczny niewiele jestem w stanie poradzić. Gdy zaraz po powrocie z gór dostałem kosza, opadł entuzjazm i wyszło wycieńczenie... Po drugie, nie podoba mi się to, że wymaga się ode mnie bycia szczęśliwym. Ten cały feedback, że nowy Mihał jest super zakłada, że stary Mihał super nie był. A przecież ten stary Mihał to ja. Nie wiem, czy nowy Mihał to ja. Nie wiem, czy nowy Mihał zagościł na stałe. Nie wiem, czy obecna sytuacja da mi poczucie szczęścia, czy po prostu z racji bycia świeżą, zwyczajnie cieszy, bo nie nudzi. Chciałbym zachować ostrożność. Mam świadomość, że to nie może być dotknięcie czarodziejskiej różdżki i że ot tak z dnia na dzień będę rzygał tęczą. Naprawdę się staram w tym wszystkim odnaleźć i ustabilizować.

A z Radwańską, którą chyba mogę nazwać swoją idolką, to mój los się w ogóle związał. Bo kosza dostałem tego samego dnia, którego Agnieszka przegrała w ćwierćfinale AO z Li Na. I tak jak ona nie poddam się.

Zaczynając pisanie tej blotki, miałem na nią zupełnie inny pomysł. Ale to już osobna historia.

niedziela, 13 stycznia 2013

wielkie, owłosione, hobbickie stopy


„Hobbita” czytałem po raz pierwszy, gdy miałem jakieś 14 lat. Była to nasza lektura szkolna w piątej czy szóstej klasie. Było to też moje pierwsze zetknięcie z Tolkienem, ale niepierwsze z elfami, krasnoludami i światem jak ja to mówię „średniowiecznego fantasy” (dla odróżnienia od „kosmicznego fantasy”). Dość łatwo wciągnąłem się w klimat i lekko zafascynowałem Śródziemiem. Przeczytałem „Władcę Pierścieni”, „Silmarillion” i inne. Kilka razy na przestrzeni lat (i wieków) wracałem do niesamowicie przemyślanego, wielowątkowego i uprawdziwionego świata, który żył w mojej głowie dzięki książkom, a z czasem połączył się z obrazami Jacksona. Gdy obejrzałem „Władcę”, a całą trylogię widziałem chyba z pięć razy, wiedziałem, że prędzej czy później (i chyba wyszło, że później) nakręcą „Hobbita” w pasującej i adekwatnej wersji. Zawsze miałem poczucie, że go brakuje z taką samą scenografią, mniej więcej zbliżoną obsadą i nawiązaniami fabularnymi.

Wiedząc, że film jest dystrybuowany w polskich kinach w 5 (?) wersjach, z premedytacją wybrałem opcję z napisami w 2D i normalnej prędkości klatek. Po części bo taniej, po części, bo się bałem eksperymentów, po części, bo naprawdę nie przepadam za 3D oraz zwyczajnie nie lubię polskiego dubbingu. Zaskoczyłem się pozytywnie. Nie odczułem tych prawie trzech godzin, prawie nie miałem poczucia, że coś jest przeciągnięte. Bardzo do gustu przypadła mi zarówno sielankowa część, jak i te akcyjno-bijatyckie. Nie byłem pewny tytułowego aktora, wciąż mam w głowie scenę, gdy masuje cycki Judy w „Love Actually”, jednak nie rozczarował – tak właśnie widziałem Bilbo czytając książkę. Po Gandalfie widać mocno, że się postarzał, natomiast prawdziwym majstersztykiem okazali się krasnoludzi. To zupełnie jak w „Śnieżce i Łowcy” – krasnoludki były najjaśniejszym punktem. Doskonale ucharakteryzowani, zróżnicowani, zindywidualizowani – rewelacja! Cieszy mnie dodanie kilku elementów fabuły, które ułatwiły odbiór i rozszerzyły, wytłumaczyły wydarzenia „Hobbita” i „Władcy”. Rozumiem jednak, że osoby nie będące znawcami czy fanami gatunku mogły odnieść wrażenie zbyt długiego czekania, aż w końcu drużyna wyruszy z najdłuższej kolacji, jaką pokazywano w filmie.

Oczywiście przyznaję się, że tego dnia miałem tak dobry humor, że prawdopodobnie każdy film, który bym obejrzał, wywołałby u mnie zachwyt. A jak już o zachwycie – trailer „Nędzników” jest naprawdę udany. Taki dokładnie spełniający swoje funkcje i do tego jeszcze piękny.

Naprawdę chcę chodzić do kina częściej. Z tego co pamiętam, w 2012 byłem na filmie „tylko” siedem razy: trzeci „Batman”, nowy „Spiderman”, „Prometusz”, „Skyfall”, „The Avengers”, „Madagaskar 3” i „Śnieżka i Łowca”. Mam szczerą nadzieję i chyba większe możliwości finansowe, by kina odwiedzać częściej – przez pierwsze dwa tygodnie 2013 już mi się udało zobaczyć dwa obrazy.


sobota, 12 stycznia 2013

zużycie materiału


W poprzednim blo wspomniałem o wnioskach szczecińskich. W czasie czterodniowej sielanki u babci miałem dużo czasu, by jeść, spać i układać myśli w głowie. To miało raczej taki charakter porządkowy i regeneracyjny. Wiem, że za dużo myślę i starałem się pilnować, by nie popaść w przesadne urefleksyjnianie. O ile konkretne cele na 2013 miałem ustalone już dość dawno, o tyle jedna mniej namacalna rzecz wykrystalizowała się w Szczecinie. Od ponad pół roku „katowałem się” przeświadczeniem, że jestem udręką dla swojego otoczenia. Że moja depresja jest dla innych męcząco. Albo z racji bycia już nudną, powtarzalną, oklepaną lub też z powodu niemocy mi pomożenia. I to było dla mnie całkowicie oczywiste i zrozumiałe. Tylko tak chodząc po Szczecinie w deszczu, pod wiatr i ponad 500 km od mojej codzienności, uświadomiłem sobie prostą zależność. Ja też jestem zmęczony. Lub ogólniej, ja też mam prawo być zmęczony. Docierały do mnie elementy układanek, ciotodram, chcianych i niechcianych newsów. O ile rozumiem, bo w końcu jest częścią swojego półświatka, o tyle pchnęło mnie to ku stwierdzeniu, że Warszawa mnie zmęczyła, że zmęczyły mnie układy, niektóre znajomości,  że zużył się materiał. Przez cały 2012 rok fizycznie poza Warszawą byłem jedną noc (Zielonkę czy Piaseczno wliczam do Warszawy dla uproszczenia), to symboliczne minięcie granicy miasta dużo dla mnie znaczy. Zdrowo jest raz na jakiś czas zupełnie zmienić otoczenie – od budynków po ludzkie twarze. I ten wyjazd do babci mi to pokazał.

Przebłyski tej myśli miałem jeszcze przed świętami. Gdy obwieściłem na fejbuku, że znalazłem pracę, nastąpiła fala lajków i pochlebnych komentarzy. Dostałem jednak wiadomość prywatną, która mnie mocno zaskoczyła. Znajomy napisał mi, że zdaje sobie sprawę, że słabo się znamy, ale chciałby wiedzieć, gdzie dostałem pracę. Grzecznie odpisałem. A on stwierdził, że widzi, że to poważana sprawa, a to że tak długo nie miałem zajęcia i pisałem o tym głośno, sprawiało mu swego rodzaju przyjemność. Domyślam się, że chodziło o wspólnotę losów czy pocieszanie się, że ktoś ma równie źle lub gorzej, ale nie wnikałem w szczegóły. Jeszcze gdzie indziej, pod którymś moim depresyjnogennym statusem, który, jak to często bywało, zebrał kilka lajków osób, które lubią, gdy jest mi źle, niewinna duszyczka odezwała się i stanęła w „mojej obronie”. To wtedy pomyślałem po raz pierwszy, że też jestem już zużytym materiałem.

W relacjach z innymi brakuje mi rezolutności. Z racji różnych czynników jak długi, mój niski status majątkowy, moja niepełnosprawność, moja charakterologiczna skłonność do ulegania i bycia zależnym rzadko głośno stawiam na swoim. Mam plan i nadzieję, że 2013 to zmieni. Że ja to zmienię.

I nie piszę tego w złej wierze. To raczej pierwszy krok owej rezolutności właśnie. Zwykłe nazwanie zjawiska mającego przecież miejsce, to pierwsza próba oswojenia.

niedziela, 6 stycznia 2013

512 km od domu


Wyjazdy na Pomorze Zachodnie nie należą do łatwych. Chyba nigdy nie należały. Może ten pierwszy po rozpoczęciu studiów w Warszawie był inny, bo de facto w nieznane, myślałem, że będzie podobny do wyjazdów na święta, które wielu ludzi odbywa tak często. Ostatni raz w Szczecinie byłem w czerwcu 2011, 18 miesięcy temu. Oczywiście w międzyczasie były setki pomysłów i okazji by jechać na święta, na weekend, na urodziny, na cztery dni, do babci, do przyjaciół. Ale nie. Brakło chęci, motywacji, zacięcia i przede wszystkim pieniędzy. Mimo moich wielkich zniżek kolejowych (które znikną 27 marca 2013) to i tak zawsze jest dużo złotych. Gdy dostałem pracę i wiedziałem, że 15 stycznia stanę się biurwą, postanowiłem jeszcze przed jej rozpoczęciem odwiedzić rodzinne miasto na kilka dni. Wszystko ładnie zgrało się czasowo i 2 stycznia wsiadłem w pusty pociąg nad Odrę. Stresowałem się bardzo. Dwie noce przed wyjazdem nie mogłem spać. Próbowałem nie planować i nie wybiegać za bardzo w przód. Naturalnie kilka osób pytało, sugerowało spotkania, ale postanowiłem ze wszystkim wstrzymać się do samego już w Szczecinie pobytu. I tak w ramach wolnego czasu oraz chęci robić i spotykać się z bliskimi i dalszymi. Tak też się udało. Część rodziny czy znajomych nie dowiedziała się, że odwiedziłem Pomorze, a z niektórymi spędziłem dużo czasu. Gdyby nie to, że całe cztery dni padało, wiało, było odczuwalnie zimno (bo faktycznie niekoniecznie), pewnie zrobiłbym więcej. Ale dużo spałem.

Po pierwsze zmienia się miasto. Od nowych budynków w centrum, inne tablice z nazwami ulic, pomalowane bloki, nowe wielkie centrum handlowe, po inne i nowe trasy autobusów i tramwajów (w tym nowy cennik biletów). To od razu uświadomiło mi, jak bardzo to już niemoje miejsce. Owszem śledzę nowinki na szczecińskich stronach z niusami, ale to nie to samo. Po drugie, jak zawsze przekonuję się, że większa część Szczecina to obszar do przejścia pieszo. Bardzo rzadko używam komunikacji miejskiej, wszędzie w dość krótkim czasie przemieszczam się na nogach i warto wiedzieć wtedy, że plan centrum opiera się na gwiaździstych rondach, co często potrafi skrócić drogę. Po trzecie, miałem sporo czasu, by odespać, podreperowałem też się na babcinych obiadkach i mogłem spokojnie poukładać kilka rzeczy w głowie. Poskutkowało to kilkoma wnioskami, czymś na kształt postanowień, ale o tym w osobnym miejscu. Chwilę byłem w Niemczech, zaliczyłem mszę i chrzciny (ostatni raz w kościele byłem w sierpniu 2011 też na chrzcie).

Zupełnie nie wiem, kiedy ponownie pojadę do Szczecina. Obiecałem przyjaciółkom i babci, że szybciej niż za kolejne 18 miesięcy. Lubię tam jeździć, gdy nie ma świąt, tłoku w pociągach i jest trochę cieplej. Może najbliższa wiosna?

I korzystając z okazji wspomnę po raz tysięczny. Szczecin nie leży nad Morzem Bałtyckim. Do morza jest 100 km (drogą), jakieś 72 km (w linii prostej). A granica polsko-niemiecka jest na Nysie Łużyckiej i Odrze z odchyleniem do 30 km w rejonie miasta Szczecina.