hipokryta, hipochondyk, hipopotam

blog Mihała to miejsce zwykłe

miejsc zwykłych jest dużo

wtorek, 31 grudnia 2013

drugie uroblo


Dziś drugie uroblo. 2013 upłynął pod znakiem dużych zmian zarówno dla blo jak i dla mnie. Nowa praca (i to już prawie rok ta sama), dwie przeprowadzki, pierwszy raz na nartach, pierwszy raz na kajakach, początek przygody z siłownią, naprawienie zębów po latach, kolejny zaliczony rok socjologii, powrót do nauki hiszpańskiego po przerwie, kolejny rok singlostwa, miliony wizyt w kinie, jeszcze więcej wizyt na basenie (w sumie to w 2013 narodziła się koncepcja Torpedy), olsztyński wypadek telefonowy, pierwsza ever kara za jazdę bez biletu i zakończony pełnym sukcesem maraton przed Oscarami 2013. Na pewno największym minusem minionego roku jest nieobroniony magister ze stosunków międzynarodowych, ale nie odczuwam tego jakoś szczególnie jako porażki. Ostatnie kilka tygodni uświadomiły mi, a nawet pokazały namacalnie, że cały rok dużo i ciężko pracowałem, co widzę na swojej wiecznie zmęczonej twarzy, ale co się w końcu opłaciło i przynosło nie tylko emocjonalne, ale też materialne korzyści.

Zmiana blo wynika wprost ze zmian, jakie przyniósł 2013 mi. Po pierwsze mam mniej czasu, siły i weny na blo – ale to jest do przeskoczenia. Po drugie i ważniejsze – blo straciło trochę dla mnie swoją praprzyczynę powstania i istnienia. Odkąd się jakoś wszystko układa, wychodzę ze swojej depresji, mam mniej powodów do zmartwień i narzekań, mam też mniej tematów do skontenerowania na blo. Rzadko kiedy pojawia się coś, co mną bardzo wstrząśnie, zaboli, co wymaga ode mnie tego, bym usiadł na tyłku i przelał swoje emocje na .doc. To chyba dobrze, bo o ile naprawdę tęsknię za blo, za jakiś w miarę dobrym tekstem, za jakąś uwagą czy komentarzem od czytelnika, to naprawdę jestem szczęśliwszy,  a już na pewno bardziej uśmiechnięty. No i mam fajniejszy brzuch.

Pojawił się mi już pomysł na pierwsze blo w nowym roku. Mijający 2013 zacząłem maratonem trzech imprez sylwestrowych z przyjaciółką, skończę natomiast filmem w kinie i wspólnym czasem z dwójką najbliższych przyjaciół i gronem znajomych. I właśnie o filmach będzie nowe blo.

Z sylwestrowych zabawach czeka mnie jeszcze moje coroczne usuwanie już-nie-znajomych z fejsbuka. Mocno się moje grono bliskich w tym roku skurczyło, wymieniło, wykruszyło, odświeżyło, a wręcz częściowo zniknęło.

niedziela, 1 grudnia 2013

Torpeda przeprowadzony


Z końcem listopada musiałem się wyprowadzić z mieszkania przy Nowolipkach. Raptem po ośmiu miesiącach zakończyła się moja piękna przygoda z mieszkaniem praktycznie w centrum, ponieważ właścicielka postanowiła sprzedać mieszkanie. Nie ukrywam, że zdążyłem przyzwyczaić się do pieszych powrotów do domu o każdej porze dnia i nocy oraz dodatkowe snu ze względu na bliskość Uniwersytetu Warszawskiego i Dw. Wileńskiego. Ze względu na dwumiesięczny okres wypowiedzenia, szukanie nowego miejsca zacząłem dopiero po pierwszym weekendzie listopada. W pierwszym okresie szukałem dwupokojowego mieszkania z koleżanką. Bardzo odpowiadał mi taki układ – nie musiałem martwić się o swobodę życie osobistego, a w dodatku zawsze to miło mieszkać z kimś, z kim można rozmawiać, dzielić zainteresowania i grono znajomych. Ten etap szukania szedł bardzo opornie. Z jednej strony wydawało nam się, że po tym jak wszyscy studenci już się do końca października ulokują, nie będzie większego problemu ze znalezieniem mieszkania dla siebie. W praktyce okazało się, że może i łatwo jest znaleźć ładne, nieźle położone mieszkanie, ale za to za 3000 zł! Zwątpiłem w poczucie rozsądku mieszkańców Warszawy. Ewidentnie wszyscy chcą się nieludzko dorobić, nie wstydzą się pokazywać w ogłoszeniach zdjęcia najbrudniejszych, najgorzej umeblowanych pomieszczeń, najstarszych mebli, robią castingi i oczekują, że ktoś im zapłaci 1000 zł za pokój… Po jednym przejrzeniu ogłoszeń moje morale spadły prawie do zera. Po obejrzeniu dwóch czy trzech mieszkań z koleżanką i upływie ok. 2 tygodni listopada, nasze drogi się rozeszły i zaczęliśmy szukać czegoś osobno.

Moje nowe poszukiwania, tym razem już tylko pokoju dla siebie samego, wcale nie były łatwiejsze. Odkryłem, że ludzie szukający kogoś do wolnego pokoju w mieszkaniu chcą się nachapać kosztem nowego współlokatora i ni stąd ni zowąd cena wcale nie wynosi 1/3 czynszu całości. Druga ulubiona kategoria ogłoszeń to emerytki, które szukają młodej dziewczyny (niepalącej studentki) do mieszkania, w którym same mieszkają – już widzę te tłumy chętnych. Ostatecznie obejrzałem ze dwa pokoje i po niemałych perypetiach z poprzednimi lokatorami, ceną, planowaniem przeprowadzki udało mi się dość płynnie zmienić mieszkanie – na moje szczęście koniec miesiąca wypadał w weekend. To moje trzecie mieszkanie w Warszawie, co jak na ponad 7 lat w tym mieście wychodzi całkiem nieźle. W sumie teraz mam 4 przystanki tramwajowe dalej do centrum (co też nie jest tragedią), a mieszkanie jest bardzo czyste, świeże, jasne – co stanowi miłą odmianę dla nowolipkowego. Szybko się zadomowiłem i zintegrowałem.

Bardzo chciałbym podziękować tym, którzy pomogli Torpedzie na etapie poszukiwania i przeprowadzania.

I nie chcę już więcej przeprowadzek. Mam nadzieję zostać w jednym miejscu dłużej niż jeden sezon. Byłoby miło.

niedziela, 10 listopada 2013

odwyk kawowy


Dziś mija mój szósty dzień bez kubka kawy. To co się działo ze mną i moim ciałem przez ostatni tydzień nie równa się z żadnym etapem dotychczasowych chorób i depresji. To jakby mieć grypę bez gorączki, kataru i kaszlu, ale jednocześnie z takim bólem głowy, zmęczeniem, rozwolnieniem i bólem wszystkich kości i mięśni, że jest się i tak unieruchomionym. Poza pracą i jednym zajęciami musiałem zrezygnować ze wszystkich dodatkowych aktywności: wykładów, siłowni, basenu, zakupów, spotkań, angielskiego. Początkowo nie przypuszczałem, że może chodzić o kawę, ale wszystkie znaki na niebie i w googlu wskazują, że odstawienie kofeiny może mieć dokładnie taki sam przebieg jak odstawienie heroiny – czułem fizyczny ból związany z brakiem nowych dostaw pobudzającej substancji. Jeżeli to rzeczywiście prawda, że to kawa była winna całej sytuacji, przerażający bardziej wydaje się fakt, w jak dużym stopniu jestem od niej uzależniony. A wszystko zaczęło się niewinnie – zaobserwowałem, że gdy raz nie wypiłem rano przed pracą w domu kawy, strasznie mnie potem bolała głowa. Dodam, że jestem niestety z tych, których ból głowy totalnie paraliżuję i nigdy nie jest słaby – od razu taki, który zmusza do leżenia i wyłączania wzroku. Zastanowiłem się, ile kawy dziennie wypiłem (ok. 3-4), ile pieniędzy na kawę wydaję, jak bardzo żółkną mi od niej zęby i w jakim stopniu może ona mieć wpływ na stan mojego samopoczucia i stanu mojej cery. Postanowiłem zaryzykować i sprawdzić, czy jestem w stanie obyć się od kawy. Wujek gogle sugeruje trzy drogi: 1) wyeliminowanie kawy zupełnie, pochowaniem sprzętu, samej kawy – taka terapia szokowa; 2) zmiana godzin picia kawy, a najlepiej picie kawy codziennie o innych porach i w innych ilościach; 3) kupienie mniejszej kawy i mniejszych szklanek, filiżanek, by chcąc-nie-chcąc zmniejszyć ilość przyjmowanej kofeiny, która oszukuje nasz mózg. Wybrałem drogę nr 1, bo choć najtrudniejsza, wiedziałem, że w moim przypadku jedyna możliwa.

Wszystko wpisywało się w mój ostatni mały research na temat diet oczyszczających. Czuję, że potrzebuję oczyścić organizm. Jestem świadomy, że odżywiam się całkiem nieźle – poza tą kawą na pusty żołądek, ale mimo wszystko czuję duży spadek formy, energii i przede wszystkim – mój trupio-pryszczaty wygląd. Naprawdę jem dużo i z głową, ale mimo wszystko przyda mi się pozbycie się toksyn. Przeczytałem wiele o głodówkach, dietach owocowych, sokowych, jabłkowych, zbożowych i żadna nie jest czymś, na co mogę sobie pozwolić bez brania urlopu w pacy i na uczelni. Dlatego postanowiłem wprowadzić kilka elementów z każdej z nich do codziennego jadłospisu, przy jednoczesnych wyeliminowaniu kawy (herbaty nie piję od kilku lat), mojej słabości największej – wafelków, jedzenia z puszki, posiłków gotowych, mleka, przypraw i kilku innych ciężkich produktów. Jem za to jabłka, piję wodę z cytryną, sok marchwiowy, jem dużo otrębów, zbóż, produktów mlecznych i innych produktów nieprzetworzonych. Największe nadzieje mam na to, że poprawi się moja cera, która odkąd chodzę na siłownię, odkryła drugi okres dojrzewania.

Co do kawy, naprawdę tęsknię. Odkąd nauczyłem się ją pić, wiedziałem, że będziemy przyjaciółmi.

Po wyeliminowaniu z diety kawy, herbaty, alkoholu, słodzonych soków i napojów gazowanych oraz mleka, niewiele zostało mi rzeczy do picia – a picie w kółko czystej wody jest koszmarnie nudne.

niedziela, 27 października 2013

o przerwie w dostępie do blo


Są dwa główne powody, dlaczego blo miało długą przerwę w ukazywaniu się. Pierwszy z nich jest czysto logistyczny, drugi zdecydowanie bardziej powiązany z funkcją, jaką blo w moim życiu wypełnia. Ale po kolei. Z końcem wakacji, które od nie-wakacji różnią się dla mnie brakiem zajęć na socjologii, zaczęła się wielka gonitwa. Mój kalendarz jest wypełniony do granic możliwości. Niby mam o jedne zajęcia w tygodniu na studiach mniej w porównaniu z poprzednim semestrem, ale za to doszła mi siłownia, hiszpański, angielski, włoski. I wszystko pięknie – odczuwam zmęczenie, bo to oczywiste, ale zdecydowanie częściej jest to miłe zmęczenie, jakie towarzyszy uczuciu, że zrobiło się coś fajnego, że to zaowocuje lub zmęczenie posportowe, które uzależnia. Największe plusy tego stanu rzeczy: brak nudy, brak czasu na autorefleksję, poczucie rozwoju. Największe minusy: taki tryb życia sporo kosztuje – i to pieniędzy, bo majątek wydaję na dojazdy, na jedzenie w biegu (przede wszystkim kawę), na naukę i sporty; ale też i zdrowia – całe to gonienie widać na mojej twarzy, która zdradza mnie potwornie w kwestii tego, jak bardzo jestem momentami wycieńczony; drugi największy minus to fakt, że niestety wszystko co mam zaplanowane w dość łatwy sposób może runąć – bo trzeba zostać dłużej pracy i stracić zajęcia, bo pociąg nie dojedzie, bo mi ucieknie autobus, bo zajęcia przeciągną się 5 minut – naprawdę wszystko jest dopięte co do minuty, a faworyzowanie jednej z aktywności, zabiera kawałek innej. Dużo utrudnia kilmat i pogoda – już nie tak łatwo wstać o 5:30 na basen, powroty dzień w dzień po ciemku do domu sprawiają, że człowiek zasypia w autobusie, w pociągach sauna 40 stopni, bo już grzeją kaloryfery bez regulacji, do tego mgły, deszcz, zaraz śniegi i niedźwiedzie polarne.

Gdzieś tu już raz pisałem, że blo przede wszystkim powstaje dla mnie. To taki mój sposób na porządkowanie myśli, kojenie emocji, wyrażanie tego, co mam do przekazania światu, a najczęściej jest to metoda, by raz i porządnie powiedzieć, co sądzę na dany temat i po prostu do tego nie wracać. Zdecydowanie bardziej to wszystko jest mi potrzebne, gdy wszystko jest nie tak, a ogólny bilans codzienności wychodzi ujemny. Stąd dużo częściej blo pokazywało się, gdy nie miałem pracy, pieniędzy, siedziałem w domu, nic nie robiłem i narzekałem, że życie mnie nie kocha oraz, że zgniję marnie. Też nie jest tak, że marudzenie zniknęło – mam wręcz wrażenie, że marudzę dokładnie tyle samo, co zawsze. Jedyne co się zmieniło to stosunek między marudzeniem, a czasem, gdy z wielkim uśmiechem czy zaangażowaniem biorę się za milion rzeczy jednocześnie. Dodatkowo, wypowiedziałem się już na większość tematów, które mnie interesują, albo chociaż jeżeli nie interesują, to dotykają. Zostają naturalnie recenzje filmowe, które pewnie będą się pojawiać, o ile znajdę jakiś czas na kino (wkrótce idę na nocny maraton Thora), poza tym mam kilka zebranych i spisanych pomysłów, które zrodziły się przez te dwa miesiące przerwy.

Niedzielne okołopołudnia wydają się całkiem sensownym i wykonalnym terminem na pisanie nowego blo. Choć ostatni wpis udało mi się napisać ukradkiem w pracy, ale cicho!

A jest jeszcze jedno wielkie „ale” ostatnich tygodni. Moje życie randkowe, towarzyskie, społeczne zostało bardzo mocno okrojone. To i dobrze, i źle. Mogę się skupić na sobie i swoich celach, a przy dużej motywacji po obu stronach do spotkania zawsze dojść może, nawet w środku nocy.

wtorek, 22 października 2013

Torpeda


Lubię być Torpedą. Całkiem spore grono osób zwraca się do mnie właśnie w ten sposób i nie ukrywam, że bardzo mi to odpowiada. Jeżeli założyć, że osoba zainteresowana może mieć jakikolwiek wpływ na to, jakie chciałaby mieć przezwisko, to ja bardzo proszę o „Torpedę”. Gdy dostaję smsa z pytaniem, co u Torpedy, albo gdy wiadomości zaczynają się od słów „cześć Torpedo”, mały uśmiech pojawia się na mojej twarzy. Taki sam uśmiech wywołuje u mnie każda wizyta na basenie i każdy trening na siłowni. Reakcje chemiczne organizmu poprzez zwiększanie ilości endorfin oraz pierwsze zauważalne własnym okiem rezultaty są bezcenne. Tak jak na początku byłem pełen obaw przy okazji decyzji o związaniu się na dłużej z klubem fitness, tak teraz uważam to za jedną ze swoich najlepszych decyzji.

Pamiętam, jak kiedyś śmiałem się ze znajomych, którzy na fejsbuku informowali o swoim pobycie na siłowni. Nawet raz skomentowałem złośliwie, czy samo zameldowanie już wystarczy by chudnąć, czy naprawdę trzeba coś na gymie robić. Teraz sam melduję się na basenie i siłowni jak głupi, z całą świadomością tego, że po pierwsze – głupio i łyso to wygląda na mojej prywatnej tablicy; po drugie – wkurza i zaśmieca widok moim znajomym. Przyznam, że na początku sam nie wiedziałem, po co się melduję. Z jednej strony pewnie miało to element pochwalenia się, z drugiej chciałem sprawdzić co to daje. Minęło 1,5 roku odkąd regularnie chodzę na basen, ponad 3 miesiące temu dodałem do tego  siłownię i za każdym razem odnotowuję swój trening na fejbuku. Teraz już wiem, że robię to dla motywacji. Założyłem, że będę robił wszystko, co może mi pomóc w ruszeniu tyłka i pójściu pływać lub ćwiczyć. Nawet jeżeli ma to być coś na kształt głupiej radości, że ktoś polubił mój meldunek, albo powiedział/napisał mi, że jakoś podziwia, że też by chciał, pyta jak wstać o 5:30 rano na basen lub nieśmiało prosi, by móc pójść ze mną. Najmilsze są momenty, gdy ktoś z moich znajomych twierdzi, że moje zawzięcie, moje posty dają mu siłę, chęci, by wstać wcześniej, pić mniej, nie palić, jeść zdrowiej, ruszać się więcej. Takie deklaracje dają mi największego powera. Prawie jak Torpeda Narodów.

W związku z tym, że mój pracodawca chce uśmiercić Torpedę, potrzebuję nowego źródła karty Multisport. Inaczej zbankrutuję na karnecie na basen.


Po przerwie wakacyjnej, mimo naprawdę ogromu rzeczy, które teraz robię, bardzo chcę i będę wszystkimi siłami próbował przywrócić standardową częstotliwość nowych wpisów na blo. 

niedziela, 18 sierpnia 2013

weekendówki


Plan zabrania przyjaciół do Szczecina narodził się kilka lat. Niemal legendarne jest już moje wychwalanie stolicy Pomorza Zachodniego, więc zebrać chętnych do wyjazdu nie było trudno. Z organizacją też poszło gładko i sam nie wiem dokładnie kiedy, zapadła ostateczna decyzja o weekendowym wypadzie na Tall Ship Races 2013. Jednym zdaniem był to strzał w 10! Nieoficjalnie wiem już, że był to jeden z najbardziej burżujskich weekendów mojego życia. Z dwoma przyjaciółkami spaliśmy u trzeciej – szczecińskiej, która użyczyła nam mieszkania będąc w UK. Podróż to był koszmar z klimatyzacją. Dzięki temu, że wsiadłem na Wschodniej, mieliśmy miejsca siedzące, wiele osób stało całą drogę, do łazienki nie było jak przejść. Na miejscu żar z nieba, jasna noc, 35 stopni, najtańsze taksówki na świecie i milion osób. Miało być grzecznie, a skończyło się „wyjściem na miasto”. Łącznie przez cały weekend spaliśmy kilka godzin. Całe noce imprezowania, całe dnie zwiedzania – dziewczyny pierwszy raz widziały Szczecin, a ja też przyznam, że wiele miejsc wygląda teraz zupełnie inaczej i odkrywam je na nowo. Jechaliśmy taksówką jakieś 15 razy w ciągu 2 dób! Spotkałem przypadkiem mnóstwo znajomych z czasów szczecińskich (a niektórzy bardzo przytyli), byłem w tych samych klubach, co 8 lat temu (to akurat bardzo smutno), jadłem regionalne frytki w bułce i pokazałem dziewczynom wszystkie ważne miejsca, no może oprócz cmentarza. Zaliczyliśmy też urodziny babci, była świetna impreza, a jedzenie – jak nietrudno przewidzień – rewelacyjne. Widziałem z bliska najpiękniejszy basen w Polsce, pierwszy raz zwiedziłem bunkry pod Szczecinem wybudowane przez Niemców. No i najważniejsze – regaty. Coś niesamowitego! Nie byłem na pierwszym finale kilka lat temu i szczerze teraz żałuję. Miasto żyło, było mnóstwo obcokrajowców, atrakcji, do tego widać, że Szczecin zwrócił się frontem do Odry. Dziewczyny wróciły zachwycone, stwierdziły, że było jak zagranicą – od atmosfery, przez architekturę po towarzystwo. Zdaje sobie sprawę, że to niestety była głównie magia finału regat – największej imprezy plenerowej w Polsce.

Dwa tygodnie później pojechaliśmy z przyjaciółmi pod Olsztyn na kajaki. Była to moja druga wizyta w domu rodzinnym przyjaciela i od początku nastawiałem się, że ma mieć charakter wypoczynkowy. Wziąłem drugi raz w życiu dzień urlopu na piątek po świętym czwartku i już w środę ruszyliśmy na Warmię. Plan każdego dnia wyglądał podobnie: dużo snu, ale tak do 9, nie do 12, śniadanie, wyjazd na lody do Olsztyna, powrót, obiad, filmy, gra planszowa Battle Star Galactica, drynki, kulminacja każdego wieczoru – grill na tarasie i sen. Naprawdę odpocząłem, nie myślałem o pracy, dodatkowo przez własną niezręczność straciłem na 4 dni telefon i mogłem pożyć jak ludzie w średniowieczu. Kajaki też wyszły spoko – miałem zakwasy od noszenia kajaku, nie opaliłem się, bo było dość chłodno, a trasa leśna, ale natura mi się całkiem podobała – jesteśmy z przyjaciółmi zwierzętami miejskimi, ale miło było inaczej pooddychać. 

Szczecin: wielkie wow, srebne taksówki na-za-3-minuty, multikulturowość i multijęzyczność, dłuuuga podróż, przenośny Starbucks.

Olsztyn: lody o smaku marchewki, bazylii czy lat 50, zbita szyba w telefonie (300 zł w plecy!), totalny relaks choć pod dyktando przyjaciela, dużo natury, zero Starbucksa.

niedziela, 28 lipca 2013

zukuri


Naoglądałem się już dużo filmów o superbohaterach. Zdecydowana większość z nich to reprezentanci drogiego, bo drogiego, ale jednak kina klasy B. Do X-Menów mam słabość z racji oglądanej bajki na Fox Kids w dzieciństwie. Niedawna trylogia i zaraz po niej puszczony „first class” były w porządku, ale nie powalały. Geneza Wolverine’a wyjaśniła i wprowadziła w historię jednego z najbardziej znanych, lubianych i ciekawych członków składu Xaviera. Nie ukrywam, że nastawiłem się wymagająco przed obejrzeniem najnowszego dzieła z wytwórni Marvela. Dwie największe stajnie superherosów w USA: Marvel i DC Comics toczą odwieczną wojnę o prym. Osobiście bliżej mi do Marvela – Spiderman jest one and only, X-Meni, Iron Man, nawet Hulk. W zeszłym roku zwycięstwo w kinie odnieśli Avengersi, w tym nie do przebicia jest nowy Superman, jednak nie uważam, że Wolverine pozostaje w tym starciu bez szans. „Wolverine” nie jest zwykłym mordobiciem, a jednocześnie nie sili się na wielki uduchowiony dramat na poziomie „Człowieka ze stali”. Ok – Logan walczy z duchami przeszłości, ucieka, ma wizje, a nawet sen we śnie, ale tylko raz podczas całego filmu miałem poczucie znużenia. Zaraz po seansie stwierdziłem, że film mi się podoba, a na drugi dzień to już byłem bliski zachwytu.

Jeżeli lubisz Tokio czy szerzej kulturę Japonii, a jednocześnie Twoja wiedza nie wykracza poza przekaz masowy i stereotypy – ubawisz się jak małe dziecko. Są neony, dziwne przejścia dla pieszych, love motele, superszybkie pociągi, technologia jutra, świątynie i kimona, tradycyjny sposób „zarządzania rodziną”, yakuza, japoński kompleks broni jądrowej i przegranej wojny, spanie na podłodze, domy z papieru i wyglądające na surowe jedzenie. Film ten ku mojemu zaskoczeniu praktycznie cały dzieje się w Japonii i grają w nim prawdziwi Japończycy. Wisienką niezaprzeczalną jest będący kwintesencją męskości Jackman. Przystojny, zbudowany jak bóg, śmieszny, waleczny, niebezpieczny Australijczyk jest idealny do tej roli. Obraz nie męczy odrealnionymi pojedynkami, a to miła odmiana po kilku nawalankach w podobnych filmach. Scena ze strzałami na sznurkach jest wręcz piękna. I jak przy każdym filmie Marvela – polecam zostać do-prawie-końca napisów.

Jedynie motyw walki na jadącej japońskiej torpedzie jest trochę przesadzony. Pojedynek Dra Octopusa ze Spidermanem na pociągu metra to arcydzieło. Tutaj było już momentami wręcz komicznie.

A gdy Loganowi obcinali szpony, aż mi się słabo zrobiło. Bardzo nie lubię pozbawiania „kończyn”. Oj bardzo.


niedziela, 21 lipca 2013

studenty potworne


„Potwory i Spółka” to jedna z moich 3-4 ulubionych bajek. Pełny metraż z 2001 roku widziałem kilkanaście razy, a Mike Wazowski należy do jednej z niewielu postaci, które mnie w życiu jakoś inspirują. Aż 12 lat musiałem czekać na kolejny show straszenia. Wydaje mi się, że już w 2012 były krótkie trailery nowych Potworów. Później na pewno zastosowano w nich ciekawy zabieg umieszczenia sceny, której nie ma w samym filmie. To miłe zaskoczenie, gdy okazuje się, że zapowiedź nie opowiada całej fabuły i nie wystarczy zamiast filmu, by mieć całkiem słuszne przekonanie, że się film zna. „Monster Inc.” miały tego pecha, że w szranki o Oscara dla najlepszego filmu animowanego (to był chyba pierwszy rok, gdy takiego wręczano) stanęły między innymi z pierwszym „Shrekiem”, który okazał się bezkonkurencyjny – swoją drogą jaki to był dobry rok dla kina anonimowanego dla dzieci i dorosłych. Bo te nowe bajki to bajki dla dzieci tylko z technicznego punktu widzenia. Często fabuła, dialogi, nawiązania do popkultury, ukryte programy polityczne czynią z nich poważne dzieła dla dorosłych ubrane w kolorowe i bardzo śmieszne szaty. Daje to interesujący efekt – w kinie dzieci śmieją się w innym momentach niż dorośli, a jak już  w tych samych to z innych powodów.

Pomysł na scenariusz pierwszej części – choć w sumie ta świeża to jakby prequel starszej – jest rewelacyjny. Prosty, dobrze pomyślany świat, odwrotnie rzeczywisty, bazujący na podstawowych emocjach układ, a jednocześnie umiejętnie wkomponowany dość oklepany schemat złego szefa chcącego przejąć kontrolę nad światem i walka w imię  „dobra” – to wszystko w 1,5 godziny tworzy wymiar dużo szerszy, bo chyba każdy zakładał, że Potwory mają tam po drugiej strony drzwi swoje szkoły, szpitale, muzea i pikniki. I do szkoły, a konkretnie na uniwersytet zaprasza nas część zero. I to nowe wydanie jest jak narysowana amerykańska komedia o kampusie uniwersyteckim. Wypisz, wymaluj cały rok akademicki w koledżu – od kocenia, walki bractw, wykładów w sali na wzór teatru greckiego, przez egzaminy, imprezy, surową pani dziekan i bibliotekarę, wyrywanie czirliderek, charakterystyczne bluzy Alma Mater aż po wielki finał na boisku do rugby. Przyznaję, że wcale nie było tak super i śmiesznie, jak się spodziewałem, ale czas spędzony z Wazowskim i jego samozaparciem dał mi symbolicznego kopa, by niszczyć napotykane bariery. I czy ktoś powie, że bajki nie kształcą?

Nigdy nie miałem takich drzwi w sypialni, przez które mógłby wejść potwór. Bałem się bardzie tych spod łóżka i dla tego nie umiałem, i nie chciałem spać od ściany.

Oraz studenty to potwory, nie mam co do tego żadnych wątpliwości.


niedziela, 14 lipca 2013

zombiaszcza wojna światowa


Swego czasu popełniłem blo o zombie. Jako fan gatunku (i w sensie biologicznym, i w literackim) wybrałem się na „World War Z”. Dawno, dawno temu ktoś opowiadał mi o książce, która w formie raportów ONZ opisuje, co i jak stałoby się z ludzkością, państwami, planetą, gdyby jakaś choroba spowodowała powstanie zombie i de facto koniec dominacji cywilizacji homo sapiens sapiens. Nie pamiętałem tytułu, ani autora, jedynie swoją refleksję, że to musi być genialny pomysł i ciekawość, czy takie dokumenty gdzieś naprawdę powstają – może nie używają słowa „zombie”, ale opisują działania i plany awaryjne na wypadek światowej epidemii szybkodziałającego wirusa. Kilka miesięcy temu obejrzałem trailer „World War Z” i już wtedy zacząłem kojarzyć, że znam sprawę. Okazało się, że film bazuje na tej książce („World War Z” Maxa Brooksa z 2006), a z tego co ustaliłem z przyjacielem wynikałoby, że opowiada on, jak doszło do wydarzeń, które opisuje książka i w części zawiera już fragmenty książki. Oczywiście oznacza to, że będzie kolejna część filmu, co uprawdopodabniają też wyniki finansowe (obraz miał najlepsze otwarcie ze wszystkich filmów z Bradem Pittem w roli głównej w historii).

Wszystko to, co mnie w tym filmie wkurzało, było jednocześnie mocną stroną dzieła. Po pierwsze stosowanie wobec „World War Z” kategorii „film o zombie” to nadużycie. Rzeczywiście są to potwory, które „rozmnażają się” przez ugryzienie zdrowego człowieka, nie ma z tego stanu powrotu, nie ma z nimi kontaktu, przyciąga je hałas, rządzą nimi instynkty… ale są żywe. I raczej prezentuje się to jako wirus czy inny patogen, który spowodował powstanie nowego gatunku, który wybija ten usytuowany niżej w łańcuchu pokarmowym. Plus za pomysł, minus za odejście od kanonu zombie. Zdecydowanie na tak jest fabuła i dynamika filmu, bo trzyma w napięciu, szybko przenosi się z miejsca w miejsce, wstęp jest bardzo krótki, nie ma zbędnych scen. Czymś co jest bardzo pozytywne jest rzeczywista próba wyjaśnienia i znalezienia rozwiązania kwestii zombie – ok, odbywa się to kosztem odzombiewienia samych istot, ale nie kosztem apokaliptycznej wizji końca ludzkości. Dużym plusem jest trailer, zwłaszcza ten wczesny, który nie pokazuje wprost wrogich istot – choć może dlatego, że od razu by było widać, że to niezombie-zombie? Podsumowując odbiór raczej pozytywny z małym niesmakiem przez syndrom żywego zombie. Z racji pomysł na walkę z istotami (ale nie powiem jakiego) polecam obejrzeć.

Zupełnie nie rozumiem, jak Bradowi można było dobrać tak nieatrakcyjną żonę. W sensie, że on „zasługuje” na zdecydowanie piękniejszą. Choć pewnie ze względu na to, że to on współprodukował ten obraz, Angelina miała wpływ na dobór partnerującej aktorki, więc musiała być mniej ładna od Jolie.

Nie wiedziałem, że pracownicy ONZ to tacy arcyherosi. A studiowało się stosunki międzynarodowe i mogło się robić karierę w UN, o!



sobota, 29 czerwca 2013

Man of steel


Mam wrażenie, że nie robi się już filmów, w których główny bohater nie pokazuje się zaraz na początku bez koszulki. To prawie tak święta zasada jak ta mówiąca, że na okładce gazety musi być młoda, ładna dziewczyna z cyckami na wierzchu bez względu na to, czy to czasopismo dla pakerów, dla gospodyni, czy krzyżówki. Aktor, który wcielił się w rolę tytułową, zdecydowanie ma się czym pochwalić i rzec tylko można, że scen bez koszulki było za mało. 30 letni Henry Cavill ma wszystko co amerykańskie, a jest Brytyjczykiem. Idealna cera, idealne ciało, idealne zęby, idealna fryzura i co dziwne – owłosiona klata. To wszystko razem już samo w sobie czyni go superfacetem, a biorąc pod uwagę, że przez cały film z racji swojej nadludzkiej mocy Clark się nie brudzi, nie kaleczy, nie czochra, nie poci, ciągle wygląda jak z okładki Men's Health (tam nie ma kobiety na okładce!). I tu mógłbym skończyć, bo już samo oglądanie Cavilla było wystarczające, by mieć pozytywne odczucie po seansie (a nawet całkiem ciekawe sny). Ale ten film to coś więcej. Zaczęło się od dość niesupermanowskich zapowiedzi. „Man of steel” ma jeden z dziwniejszych zwiastunów, jakie widziałem. Nie od dziś wiadomo, że oglądam wszystkie filmy z i o superbohaterach, a tu takie coś zupełnie w innym klimacie. Owszem – było sporo wybuchów, kopnięć, ratowanie świata, ale za wszelką cenę twórcy chcieli pokazać coś więcej i silili się na tchnięcie nowego życia w postać wszystkim znaną, ale jednocześnie przy ostatnich Spidermanach, Batmanach, X-menach wyblakłą.

Nie ukrywam – Superman to nie jest jakoś moja specjalnie lubiana persona. Wolę Spidermana, Irona Mana, nawet Batmana. Moja styczność z tym superherosem polegała na serialu z lat 90, choć bardziej  niż głównego bohatera pamiętam z niego Teri Hatcher. Mniej więcej byłem w stanie odtworzyć historię narodzin i główne postacie przygód pana z Kryptonu, ale nie wiedziałem, że ta opowieść jest taka skomplikowana. W filmie dużo miejsca poświęcono genezie całej zabawy i chyba trochę ją pozmieniano względem oryginału. Zgodzę się, że momentami jest ponadprzeciętnie naciągnięty zdrowy rozsądek, ale generalnie wrażenia miałem dobre. Film mi się nie dłużył, nic szczególnie nie drażniło, pozbyłbym się wątków z kolegami z redakcji Louis, dodał scenę znalezienia niemowlaka przez ziemskich rodziców. Poza Henrym bez koszulki nic mnie nie wbiło w fotel, a chyba trochę na to liczyłem - w końcu niektórzy krzyczeli, że to film roku.

Mimo że wiem, że Amy Adams to dobra i ceniona aktorka, widziałem z nią sporo filmów i znam jej główne osiągnięcia, zawsze mam problem, by ją rozpoznać na ekranie. Ona jest po prostu miksem Naomi Watts i Nicole Kidman. Wątek Louis Lane został pomyślany i zrealizowany dobrze, ale z małą skazą – jak zawsze ktoś bezbronny i przypadkowy otrzymuje wiedzę, jak uratować świat i znajduje się w centrum ekstraniecodziennych wydarzeń.

Czekam na drugą część. Oby bez koszulki.