hipokryta, hipochondyk, hipopotam

blog Mihała to miejsce zwykłe

miejsc zwykłych jest dużo

sobota, 10 listopada 2012

blo o sraniu


Kupa to temat bardzo trudny (?). Coś co towarzyszy każdemu, (prawie) codziennie i jest jedną z niewielu rzeczy uniwersalnych i stanowiących o równości gatunku ludzkiego, jest takie przemilczane. Zaryzykuję stwierdzenie, że wszyscy lubimy srać. Na pewno srać lubię ja. Zaczynając od tego, że czuję się lżej, zdrowiej (w końcu zbędnych rzeczy się pozbywam), a kończąc na tym, że mam po kupie poczucie, że mój brzuch jest ładniejszy oraz naturalnie mniej ważę. Chyba wszyscy mają podobnie? Czy nie? Może mam fiksację. A może nie mam i po prostu ciekawią mnie to, dlaczego rozmawianie o kupie to już wyższy poziom wtajemniczenia znajomości.  Bo tak się zwykło mówić, ba (!) nawet robić. Nie z każdym porusza się temat srania czy niewysrania, podobnie jak nie przy każdym pozwala się sobie na głośne pierdnięcia. Jak się mieszka z obcą osobą, uważa się, by po kupie nie śmierdziało w łazience. Gdy mieszka się z kimś bliskim lub wręcz z parą temat kupy staje się tajemnicą dzieloną, który nadal stanowi tabu na zewnątrz, na gości, dla innych. Analogicznie, gdy używa się łazienki u „słabych” znajomych, albo w miejscach publicznych. Ja zwyczajnie nie potrafię. Przez 12 lat szkoły (to był fizycznie ten sam budynek, choć zmieniała się instytucja) srałem może dwa razy – w takich już krytycznych przypadkach. Sranie u siebie to jednak sranie u siebie. Pojedyncze przypadki kupy „na mieście” lub u ludzi stanowią dla mnie, ale i dla niektórych moich bliskich, epizod na tyle charakterystyczny, że wieńczy go wręcz sms czy telefon informacyjny.

Zawsze śmieszy mnie, jak ktoś pierdnie po cichu w komunikacji miejskiej. Śmierdzi, wszyscy wiedzą, nikt nie drgnie albo ktoś tylko ostentacyjnie da do zrozumienia, że zwyczajnie jebie i z grymasem na twarzy przejdzie na drugi koniec wagonu, co powoduje, że myślę o tej osobie jako o sprawcy zanieczyszczenia. Raz w pracy w towarzystwie w czasie dłuższej przerwy zapadła niezręczna cisza i padło sakramentalne: „to o czym teraz porozmawiamy?”. Ku mojej uciesze jedna z koleżanek zaproponowała temat: „kupa”. Bardzo chciałem zobaczyć, jak potoczy się sprawa, ale zwyczajnie nikt nie podchwycił tematu. Z perspektywy czasu żałuję, że nie zrobiłem tego ja. Trochę tak by badawczo sprowokować reakcję grupy. Obiecuję, że następnym razem, gdy padnie powyższe pytanie w towarzystwie, zaproponuję z pełną powagą gadkę o sraniu. Bo to dla mnie temat nieobrzydliwy i też zupełnie niezboczony. Bądźmy naturalni – choć jednak golmy pachy. 

A temat jest żywotny. Języka niemieckiego uczyłem się osiem lat, a teraz uważam, że nic nie pamiętam. Prawie nic, bo z trzeciego rozdziału podręcznika już na zawsze pozostanie mi w głowie sraczka i rozwolnienie, których nie umiem tak na zawołanie powiedzieć po angielsku czy hiszpańsku.

Mam to szczęście, że śniadanie plus kawa zawsze na mnie działa, jak chcę, by działało. Z różnych źródeł wiem, że połączenie szklanka coli plus szklanka kawy też pomaga. W całe te jogurty, serki nie bardzo wierzę, choć jogurt/maślanka/kefir i kawa – efekt murowany.

czwartek, 1 listopada 2012

100 lat


Chcemy długo żyć. To taki imperatyw, żeby żyć jak najdłużej i korzystać, i wyrywać każdy dzień, bo te są przecież dobrem ograniczonym. Naturalnym zaprzeczeniem tego jest samobójstwo, które dla wielu jest głupotą, dla innych pójściem na łatwiznę, a dla jeszcze innych najbardziej nienaturalnym zachowaniem ludzkim. I nawet gdy sobie śpiewamy „sto lat”, wybrzmiewa szczere lub mniej szczere, trzeźwe lub pijane, przemyślane lub odbębnione życzenie jak najdłuższego życia. Nie jestem przekonany, że długość jest dobrą miarą jakości życia. Czy że życie krótkie, „za wcześnie przerwane” jest w jakiś sensie mniej wartościowe niż życie ponad 100letniej babuleńki, która codziennie wypija kubek rumu dla zdrowia i siły. Czy bagaż doświadczeń/poziom spełnienia 30latka musi być mniejszy niż 70latka?

Pewnie wynika to z mojej obecnej sytuacji, ale najzwyczajniej irytuje mnie przekonanie i twierdzenie, że jestem jeszcze młody i w związku z Tm: spokojnie, przyjdzie czas na wszystko, że się jeszcze ułoży i że skoro mam te-prawie-26-lat to nie mogę jeszcze twierdzić, że moje życie ssie i je trochę przegrywam już. Otóż mogę. Bo skoro tak czuję i widzę, że zrobiło się patowo, to jakim cudem mam skupiać się na wydłużaniu życia, na myśleniu o przyszłości, na wierze, że będę kiedyś piękny, bogaty i zakochany, skoro 90% powierzchni mojego mózgu skupia się na tym, czy będę mieć na opłaty w miesiącu, który właśnie akurat trwa. „Będzie dobrze”, „Musi w końcu być dobrze”, „Jakoś się ułoży” to zrozumiałe dla mnie, ale jednak dość puste frazesy. Wcale nie musi i nie wierzę, by siła autosugestii miała wiele wspólnego ze znalezieniem pracy czy szczęścia. Pewnie nie przeszkadza, ale jednocześnie bardzo trudno ją z siebie wykrzesać i do tego jeszcze podtrzymywać przez kilka miesięcy pozostawania bez pracy, bez kasy, bez spełnionych potrzeb, bez spokoju i bez snu. To takie raczej trwanie, nie życie. Być może mam w sobie jeszcze jakiś cień pozytywnego myślenia o jutrze, być może to jakieś mechanizm biologiczny, a być może to jeszcze nie ten moment, kiedy bilans całości wychodzi na minus, bo wciąż tli się gdzieś małe przekonanie, że coś się zmieni.

Staram się nie dotykać kwestii eutanazji. Nie umiem się określić co do poparcia dla legalnego wyboru śmierci. Nie do końca pasuje mi mówienie o „życzeniu śmierci” w kontekście schorowanych i zmęczonych osób. To sugeruje, że oni po prostu chcą umrzeć, niemal z radością. A przecież to ból, cierpienia, choroba sprawiają, że naturalna chęć długiego życia właśnie umiera.

Sam zawsze uważałem się za osobę niezdolną do samobójstwa. Wymaga to wielkiej odwagi lub wielkiej głupoty. Obu mi brakuje.

środa, 31 października 2012

007


W całości film z przygodami Jamesa Bonda widziałem może dwa razy, z czego oba miały miejsce, gdy byłem w podstawówce czy gimnazjum. To takie seanse na TVP1 z rodzicami w piątek o 20:10. Nie za bardzo kojarzę aktorów tytułowych z nazwiska, z partnerek oczywiście tylko niepolską Polkę Scorupco i piękną Berry, a z piosenek babcię Madonnę i prababcię Tinę. Mniej więcej kojarzę też tytuły, a te są marketingowo dobre, tak trochę wskazują, że to filmy o rzeczach ważnych, wręcz wysokich. Nie da się ukryć, że o serii bondowskiej miałem raczej niskie zdanie. Widziałem w tym trochę staroświecką wizję Mission Impossible, z gadżetami, romansem z piękną i niebezpieczną nieznajomą i wielkim ratowaniem świata. Przyznać muszę, że specjaliści od promocji „Skyfall” robili wszystko co mogli, by wypromować nowego 007. Craig w co drugiej reklamie, wykorzystanie melancholijnej i utalentowanej Adele, Heinken, Cola Zero, Orange, nie dało się przeoczyć. Wszystko to zaowocowało tym, że Polacy mimo październikowego ataku zimy szturmem ruszyli do kin. Za namową i dzięki zaproszeniu przyjaciół, wybrałem się i ja.

Halloween, 22:00, multipleks na warszawskiej Pradze. Spodziewałem się, że będzie mało ludzi, bo późno, bo przyjezdni już wyjechali na cmentarze z Warszawy, a ci co zostali, siedzą w domach i piją przed wyjściem do klubu w przebrani zombi. Nic bardziej mylnego. W Promenadzie było pół Grochowa. Było głośno, było pijacko – w sumie to pierwszy raz w życiu widziałem, jak po seansie znajomi wyprowadzali słaniającego się na nogach kolegę. Film zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Gdzieś tam czytałem wcześniej, że to taki Bond, który trochę zmienił formułę i zrobił krok w przód. Rzeczywiście moje stereotypowe wyobrażenie o ratowaniu świata przez Brytyjczyka zderzyło się na ekranie z obrazem męskiego i przystojnego Craiga (który jest dobrym przykładem, że przystojny mężczyzna nie musi być ładny), który nie jest niepokonany, który ma słabości, który gra w filmie o nienaiwnym scenariuszu (notabene „Skyfall” wyreżyserował Sam Mendes – były mąż Kate Winslet i twórca między innymi pięknego „Revolutionary Road”, „Jarheada” z Jakiem i ponadczasowego „American Beauty”) i który naprawdę przypadł mi do gustu. Oczywiście, że sceny pościgu na motorach po dachach tureckiego, nienowego miasteczka wywołały u mnie trochę ironiczny uśmiech, ale ogólny odbiór ku mojemu niemałemu zdziwieniu naprawdę jest pozytywny. Czołówka i piosenka idealnie wpisały się w treść filmu. Do wielkich plusów zaliczam wątki obcego, wrogiego cienia w obliczu demokracji, obrazy Hong Kongu i Makao, kreację antagonisty, unowocześnienie pomysłu na 007 oraz naturalnie sylwetkę i garderobę Daniela.

Za namową przyjaciół zamierzam obejrzeć „Casino Royale”. W całą serię nie będę się zagłębiał, ale miło jest przeżyć taką metamorfozę myślenia o jakimś długotrwającym elemencie.

Jak pierwszy raz usłyszałem piosenkę Adele, zastanawiałem się czy będzie popularna, bo jest to piosenka Adele czy bo jest to piosenka z Bonda, czy bo jest to piosenka dobra. Pewnie to mieszanka tych trzech powodów.



niedziela, 21 października 2012

zombi zombi zombi


Lubię zombi. Tak jak panuje światowa moda na wampiry, tak ja oprócz krwiopijców lubię też zombitki. Odkąd pamiętam filmy o wirusie przenoszonym głównie przez ugryzienie, powolnych maszkarach i zjadaniu mózgów należały do tego grona, które uwielbiałem oglądać, ale jednocześnie bardzo się ich bałem i chowałem głowę w poduszkę. Na nowej wersji „Świtu żywych trupów” w kinie byłem dwa razy – w tym raz z moją jeden-dzień-starszą przyjaciółką, kiedy to byliśmy jedynymi osobami na seansie. Jest bardzo niewiele filmów, które widziałem w kinie więcej niż raz, a powyższy powtórzyłem z przyjemnością. Tak jak różne są zasady i rysy scenariuszy filmów o wampirach, tzn. w jednym filmie mają odbicia w lustrze, w innym mogą się zmieniać w nietoperze, w jeszcze innym świecą się w dzień, a nie palą; tak podstawowa zasada u zombi jest podobnie bardzo prosta – boom i nagle trupy wstają i jedzą. Gryzą, zabijają, ale następne trupy wracają jako „świeże” zombi. I praktycznie wszędzie plaga się szybko roznosi po całym świecie i stanowi o końcu ludzkości. W tym żywym sensie. Odkąd świat stanął tak całkiem realnie w obliczu zagrożenia bronią biologiczną i chemiczną, taka wizja wirusa wypuszczonego przez jedno państwo, który się rozprzestrzenił i wymknął spod kontroli, wydaje mi się prawdopodobna. Może nie na taką skale i z takimi skutkami, ale katastroficzne filmy o grypie, fantastyczne o czymś, co uniemożliwia ludziom rozmnażanie czy właśnie obrzydliwe obrazy przerabiania się ludzkości na zombi – trafiają do szerokiej publiczności.

Ilekroć oglądam stare wersje żywych trupów, nowe, inne pomysły jak „Resident Evil” czy ostatnio popularny „The walking dead”, zastanawiam się, czy jest jakiś sensowny sposób na happy end. Nie kojarzę, by którakolwiek historia o zombi dawała pomysł na odwrócenie końca ludzkości. To taki koniec-koniec. Więc by się jakoś uatrakcyjniać historie o zombi się komplikują, dywersyfikują. I tak przykładowo „The walking dead” bardzo przypomina „Lost”. Nie chodzi o to, że są zombi, że koniec świata, że grupa ludzi znalazła się w jakiejś kosmicznej sytuacji, a bardziej o to, co dzieje się między jednostkami, między grupkami, jaką naturę mają ludzie i jak się adaptują. Pierwszy sezon tego opartego na komiksie krótkiego serialu był udany. Drugi momentami nudził statyczną farmą. Trzeci natomiast zamienił farmę na więzienie, dodał drugą linię fabuły (jak „Glee”) i się rozdrobnił. Ubiegłotygodniowy odcinek był pierwszym dobrym, a tu już w pierwszym tygodniu grudnia koniec sezonu i znowu długie miesiące czekania.

Motyw zombi zahacza też mocno o parodię. Wpisuje się w ogólną tendencję do prześmiewania śmierci, zagłady i wyraża przesyt wykorzystywania.

A taka zagłada świata przez hordy zombi wyklucza wegetarianizm. I trzeba jeść mózgi. Ohyda.


niedziela, 14 października 2012

wolny elektron



90% mądrych rzeczy wymyślili Arystoteles, Platon i Pitagoras. Bo wszystkie teorie mają źródła w Starożytności. Pierwszy z panów stwierdził, że człowiek to istota społeczna. No i się zaczęło, że mamy grupy, społeczeństwo, organizacje i inne całości. Różni ważni myśliciele zaczęli budować systemy, opisywać motywacje działań jednostki i zbiorowości. Prawie wszyscy zgadzali się, że jednostka chce, musi i nie ma innej opcji, jak żyć z innymi. Stanowi to element wiedzy potocznej i nie trzeba wielkiego umysłu, by podać dziesiątki przykładów, że do własnego szczęścia potrzebni są nam inni, wręcz że człowiek bez ludzi to nie człowiek w ogóle. Nawet w relacji blogerskiej oprócz mnie potrzebni są jeszcze twórcy programów, których używam do pisania, małe żółte rączki, które składają komputery w Azji, informatycy we flanelowych koszulach, którzy administrują serwis blogowy no i czytelnicy, choć bez tych ostatnich blo mogłoby istnieć samo dla siebie, no i dla mnie. 

Od dawna mam wrażenie, że nie należę do żadnej całości. Gimnazjum i liceum upłynęło mi na szukaniu kliki, której częścią mógłbym się swobodnie czuć. Stąd przeszedłem chyba wszystkie możliwe transformacje wieku młodzieńczego – od metalu, przez hip-hop, rude włosy do bycia pospolitym pedałem. Mój wychowawca nazywał mnie wolnym elektronem klasy, który porusza się między klikami, na które naturalnie podzielona była moja naprawdę dobra szkolna klasa. Teraz jest podobnie. Nie należę do żadnej organizacji, kliki, paczki. Po części dlatego, że sam nie wiem, czym się interesuje, gdzie jest moje miejsce i co chciałbym robić, także nigdy nie miałem szansy trafić na osoby czy instytucje zbliżone w swoich poglądach, które mogłyby mnie „przygarnąć”. W relacjach koleżeńskich prawda ma dwa dna. Chyba jeszcze wciąż panuje przekonanie, że jestem elementem świty JP. Dość długo spotykałem się z twierdzeniem, że JP i jej szeroko pojęte towarzystwo, które wszyscy dość łatwo jesteśmy w stanie zidentyfikować to również moja klika. Może jakieś trzy lata temu tak nawet było, nigdy do końca, ale bardziej niż dziś. Wspólne imprezy, które już nawet te trzy lata temu były prawie jedynym łączącym nas tematem, teraz zdarzają się raz na pięć – sześć miesięcy. Trudno tu mówić o jakiejś przynależności. Jeżeli chodzi o przyjaciół (drugie dno, które samo w sobie dnem nie jest), nie czuję się jak pełnoprawny podmiot w większości tych relacji. W dodatku rzadko jest tak, że bliscy znajomi moich przyjaciół to jednocześnie moi koledzy. Na większych imprezach okazuje się nagle, że 70% gości to osoby mi nieznane, znane na „cześć-cześć” lub po prostu mnie ignorujące, często z wzajemnością. 

Trochę mi to przeszkadza. Widzę w tym element większej całości (paradoksalnie). Jako bezrobotny czuję się niepotrzebny. Jako niepełnosprawny, któremu odmówiono renty w ZUS, czuję się odrzucony przez system. Jako pedał czuje się wykreślany z polskiej rzeczywistości. Jako chory na depresję czuję się nielubiany.

Jakakolwiek zmiana powyższego nie przychodzi mi łatwo. A wyjścia nie ma, bo tak chcieli starożytni. Bo ja też chciałbym inaczej.

niedziela, 7 października 2012

wolę z maszyną



Zgubiłem klucz od śmietnika. Już dość długi czas temu, gdy wychodziłem na basen, złapałem pełen worek, klucz z kuchennej półki i wybiegłem z domu. Otworzyłem altankę śmietnikową, która powstała podczas remontu całego bloku, której zamek się wiecznie zacinał i której istnienie miało wpłynąć znacząco na czystość całej wspólnoty, rzuciłem z daleka śmieciami do kontenera i w tym momencie zadzwonił telefon. Odebrałem, zagadałem się i zostawiłem klucz w drzwiach. Pojechałem na basen, wróciłem i gdy szukałem klucza do domu, uświadomiłem sobie, że ten do śmietnika musiał zostać w zamku. Gdy wróciłem się do altanki, klucza już nie było. Mijały dni, a ja wciąż nie mogłem załatwić nowego. Sąsiadów wiecznie nie ma w domu, a gdy już otwierali drzwi, akurat w tym momencie nie mogli pożyczyć swojego do dorobienia. Informacja o dyżurze administracji zaginęła z tablicy ogłoszeń (tzn. ktoś zerwał kartkę z drzwi do piwnicy) i nie wiem, jak się na niego dostać – zresztą wiadomo, że to na pewno nie po drodze. Próbowałem nawet rozmawiać z dozorcą, obiecał, że dorobi klucz, przyniesie, a dopiero wtedy mogę mu zapłacić. I tak od 3 tygodni on się u nas nie pojawił, a ja go nie widziałem, żeby się przypomnieć. To niby drobiazg, a jednak bardzo upierdliwy. JP stwierdziła, że dopóki nie załatwię klucza, ona śmieci wynosić nie będzie. Także wynoszę je ja i stawiam przed drzwiami do pomieszczenia z kontenerami. W ostatni czwartek wychodziłem z domu kwadrans po 7 i wynosiłem dwa worki śmieci i dwa opakowania po pizzy. Oparłem je o ścianę altanki i wtedy za budynku wychynęła dozorczyni. Spytała czemu to tu kładę, na co odrzekłem, że przepraszam, ale nie mam klucza. Urwała mi w połowie tłumaczenia i zaczęła dosłownie drzeć mordę. Że kurwy, brudasy, złamasy. Odwróciłem się na pięcie i bez słowo odszedłem w stronę przystanku słysząc za sobą krzyki sfrustrowanej kobiety.

I właśnie dlatego nie lubię odzywać się do obcych. Nie cierpię pytać, dzwonić na infolinię lub do urzędów, zwracać uwagę kelnerowi, że coś jest nie tak z zamówionym jedzeniem. Takie sytuacje w 90% kończą się kłótniami, byciem niemiłym lub chociaż niepomocnym. Dlatego wolę automaty do biletów zamiast pani w kasie, wypożyczanie książek z biblioteki, które wcześnie zarezerwuję on-line, płacenie on-line i robienie wszystkiego samemu. Wracając w sobotę od dentysty z małego miasta na wschód od Warszawy korzystałem z bardzo nielubianych przeze mnie busów. Kierowca był krótko mówiąc gburem. Odbekiwał na każde pytanie, nie odpowiadał na zwroty grzecznościowe, łamał przepisy ruchu drogowego i odnosił się bez szacunku do starszych osób, które miały problem z odpowiednio mocnym trzaśnięciem drzwi. Najgorsze było to, że byliśmy na niego skazani i od niego zależni, więc każdy z pasażerów siedział cicho, był miły i nie narzekał. 

Za często obcy ludzie na przystanku, w komunikacji miejskiej, ekspedienci czy kasjerki w sklepach coś ode mnie chcieli: od pytań o rękę po opowiadanie historii życia. Stąd wolę maszyny i pracę w pojedynkę. I to jest chyba tendencja ogólna. Automatyzuje się sprzedaż i usługi, zwalnia ludzi, którzy zapowiadali pociągi na dworcach, przerzuca obowiązek wydrukowania bilety na pasażera. To oszczędza czas, pieniądze na wypłaty i nerwy na kontakcie. 

A jak kasjerka nie odpowiada „dzień dobry na dzień dobry”, bo np. już 500 razy dziś mówiła „dzień dobry” i każde następne wywołuje u niej spazmy wściekłości, odwołuję je mówiąc „albo i nie”.

niedziela, 30 września 2012

show me your teeth



Zupełnie nie mam problemów z mówieniem o swoim braku ręki. Łatwo też przychodzi mi narzekanie na skórę, pryszcze, bladość, suchość, owłosienie. Zęby to jednak zupełnie inna historia – historia smutna. Wstydzę się swojego uzębienia. Unikam uśmiechu, unikam rozmów o tym, zmieniam temat, gdy tylko ktoś ze znajomych wspomni, że ostatnio był u stomatologa. Bo ja dawno-dawno u dentysty nie byłem. Do tego genetycznie mam słabe uzębienie. Moi rodzice nie mają już oryginalnych zębów, siostra też miała zawsze kłopoty z utrzymaniem zdrowych, ja od małego miałem zabawy z próchnicą, przebarwieniami no i moimi ulubionymi ukruszeniami. Trzeba zaznaczyć, że moi rodzice nie pilnowali naszych zębów. Chyba raz w ciągu świadomej części życia byłem z mamą u dentysty z jej woli, pomysłu i finansów. W czasach już dorosłych o tym, że zaniedbałem szczękę, zaważyło kilka czynników – brak nawyku, brak kasy, poczucie, że jest bardzo źle i niewiele mogę zrobić, paniczny strach i milion „ważniejszych” potrzeb, na które szły wszystkie pieniądze. Ciągle świadomy byłem jednak, że prędzej czy później przyjdzie ten moment, gdy zaboli, wypadnie i będzie trzeba coś działać.

Skończyło się z tymi wakacjami. Zęby trafiły na moją listę spraw otwartych. Z przyczyn oczywistych jako cel ważny, aczkolwiek mało-obecnie-realny. Bo zabawa w naprawianie ubytków to zabawa droga. Nic dziwnego, że stan uzębienia polskiego społeczeństwa jest tragiczny. Ceny wizyty u stomatologa w Warszawie są zawsze trzycyfrowe, a wiadomo, że na jednym spotkaniu się nie kończy. Wiele kosztowało mnie, aby w końcu podjąć decyzję o pierwszej po około 8 latach kontroli. Bałem się bólu, bałem się oceny, bałem się, że dowiem się, co i jak bardzo z moimi zębami źle jest. Do tej pory to były domysły, bardzo ogólny pogląd, że jest tragedia – natomiast nigdy nikt fachowym okiem nie policzył tych do leczenia, tych do wyrwania i tych zdrowych. W nocy przed wizytą nie zmrużyłem oka, rano nie mogłem jeść, wziąłem silną tabletkę przeciwbólową pro forma i pojechałem z przyjacielem do lekarza. To dopiero początek walki o uśmiech, ale początek odbyty i udany. Teraz mam nadzieję, będzie już łatwiej. Choć to nieproste, nielubiane, trudne – jestem bardzo zadowolony z dzisiejszego przełamania.

Zawsze śmieszyło mnie, gdy lekarz zadawał pytania, gdy leżałem z rozdziabioną gębą, watą w ustach, kilkoma rurkami, blady ze strachu, odurzony znieczuleniem, zmęczony bólem i zapachem. Jak mam odpowiedzieć? Mrugam oczami i wydaję głuche dźwięki.

Ciekawe czy po przeczytaniu tego wszyscy będą uważniej przyglądać się moim zębom? Na razie mam trzy  zdrowe u góry z przodu.

sobota, 22 września 2012

problem z niepełnosprawnymi



Przy okazji paraolimpiady wzrosła moja „popularność”. To wszystko głównie przez dwie sprawy. Pierwsza to Natalia Partyka, która a) jako jeden z dwóch sportowców niepełnosprawnych startowała na igrzyskach niepara; b) ma niemal identyczną wadę jak moja, tylko że ręki prawej. Gdy jej zdjęcie i dłuższy artykuł z fotografiami rodziców trafił na czołówkę gazety.pl, pomyślałem – o nie! Zdecydowanie wzrosło zainteresowanie moją osobą współuczestników jazdy tramwajem, mijanych przechodniów. Dodatkowo efekt potęgowany był przez lato i krótki rękaw. Szepty, pytanie dzieci, spojrzenia – wszystko spotęgowane. Druga sprawa to basen. Z początkiem września zacząłem pływać grzbietem. Ten styl wiąże się naturalnie z ekspozycją rąk ponad poziom wody. Obraz niepełnosprawnych pływaków w Internecie, niepolskiej telewizji i dość konkretna reklama Samsunga w połączeniu z moim nowym pływaniem spowodowały, że nie ma opcji, aby ktoś na trybunie nie śledził wzrokiem mojego odbijania się od końców toru na pływalni. Nie peszy mnie to, nie denerwuje, w sumie to rozumiem. Nie daję po sobie poznać, że to zauważam i skupiam się na realizacji planu treningowego.  To naprawdę się zauważa, ludziom wydaje się, że nie słyszę, nie widzę, a prawda jest taka, że jestem na to bardzo wyczulony. No ale jak żyć?!

Nie licząc informacyjnych serwisów internetowych i jednego poranka w tygodniu z TVN24 nie jestem szczególnie na bieżąco z mediami. Mimo wszystko mojej uwadze nie umknęła okropna i agresywna walka o paraigrzyska. W sumie to trochę zgadzam się z Tuskiem i trochę mniej z Korwinem. Niepełnosprawni są nieestetyczni. Wiem, że jak płynę grzbietem, nie jest to piękne, głównie dlatego, że nie jest symetryczne, jest niecodzienne i nienaturalne. Nie do końca rozumiem oburzenie po tych słowach. Kolejna kwestia to takie trochę podsiąknięte hipokryzją pokazywanie zapłakanych niepełnosprawnych sportowców w TVN, które niby ma zwrócić uwagę opinii publicznej na ich los, ich sukcesy, ich wysiłek i trudną sytuację finansową, ale jednak budzi mój niesmak. Czytałem artykuł w „The Economist” o tym, ile różne media na świecie poświęciły czasu paraolimpiadzie i ile na tym najróżniejsze firmy zarobiły. Nikt tam nie robi z tego wzruszającego tematu dla pobudzenia podstawowych instynktów. Im więcej się mówi się o omijaniu tematu, tym jest to smutniejsze i nieprawdziwe. Za mało było skupienia na sukcesach, obrazach sportu samego w sobie, za dużo momentami tandetnego sięgania po łzy, żale, brakowało tylko, by dziennikarz przytulał sportowców z medalami. W UK na stadion przychodziły miliony, bo to oczywiste, nie dlatego, że za sportowcami stoją smutne historie. I tego w Polsce jeszcze do zmiany sytuacji brakuje.

Oczywiście faktem jest, że sytuacja niepełnosprawnych jest przeciętna, a niepełnosprawnych sportowców kiepska. Nie można jednak powiedzieć, że nic się nie robi. Jako niepełnosprawny student mam darmową komunikację miejską w Warszawie, dostaję specjalne stypendium na Uniwersytecie, mogę korzystać z różnych programów, szkoleń, pomocy. Miasto też zmienia się architektonicznie. Muszę tu być sprawiedliwy.

I po ostatniej pięknej sytuacji w kolejce do kasy pierwszeństwa dla kobiet w ciąży i osób niepełnosprawnych w reduckim Kerfurze uświadomiłem sobie, ile musimy się jeszcze wzajemnego szacunku do siebie nauczyć. Żadna kobieta w ciąży nie będzie mi mówić co mogę, a czego nie mogę. Ona jest w ciąży 9 miesięcy, ja ręki nie mam całe życie.

wtorek, 18 września 2012

Mihał wraca na studia



To już prawie na 100% przesądzone: od 1 października 2012 roku ponownie uzyskam status studenta Uniwersytetu Warszawskiego. Teoretycznie nigdy nie zostałem skreślony z listy studentów stosunków międzynarodowych po uzyskaniu absolutorium i nieoddaniu pracy magisterskiej, ale z drugiej strony nie miałem ważnej legitymacji, także de facto z praw i przywilejów studenckich korzystać nie mogłem. A wracam na socjologię. W roku akademickim 2009/2010 zaliczyłem pierwszy rok studiów pierwszego stopnia przy Karowej 18 w Warszawie, a potem wyjechałem na Erasmusa ze stosunków i po powrocie nie udało mi się nadrobić zaległości (z powodów chorobowych, mieszkaniowych, stresowych), porzuciłem studia, a w listopadzie 2011 roku Instytut Socjologii porzucił i mnie. Ostatniego dnia aktywnej tegorocznej rejestracji na studia zapisałem się na socjologię ponownie, a już kilka dni później wiedziałem, że zostałem przyjęty na pierwszy rok. Moja współlokatorka Mariola złożyła za mnie prawie komplet dokumentów, a 1 sierpnia 2012 roku otrzymałem decyzję Komisji Rekrutacyjnej IS UW. I zaczęło się kombinowanie.

Od początku wiedziałem, że skoro pierwszy rok zaliczyłem dwa lata temu, nie chcę powtarzać wszystkich zajęć. Szukałem sposobu, by od października być od razu na drugim roku oraz by pogodzić studia dzienne z pracą. Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy z końcem lipca straciłem pracę, która w dość istotnym stopniu umożliwiłaby mi studiowanie dzienne (do zaliczenia w nadchodzącym semestrze mam tylko cztery przedmioty, ponieważ resztę udało mi się już zaliczyć lub przepisać). Cały sierpień i połowę września błądziłem między powrotem na studia a znalezieniem nowej pracy. Nowa praca od zaraz graniczyła z cudem, nowa praca od zaraz umożliwiająca studia dziennie graniczyła z dwoma cudami jednocześnie i w tym samym miejscu. Czas płynął, a ja zwlekałem, aż 18 września odbywał się ostatni dyżur kierownika ds. studenckich przed rozpoczęciem roku akademickiego, kiedy to mogłem załatwić sprawę przepisania na drugi rok. Ostatecznie podjąłem decyzję, że „jakoś to ułożyć się musi!”. Mihał wraca  na studia. Udało mi się uzyskać zgodę na bezpłatny powrót na drugi rok i naprawdę bardzo mnie to ucieszyło.

Dowiedziałem się też, że na 100% mam jeszcze rok na napisanie oraz obronę pracy magisterskiej na stosunkach międzynarodowych. Krążyły plotki, listy, sprzeczne informacje, które zostały sprostowane przez nową Panią Tereskę z dziekanatu. Bardzo bym chciał obronić się do końca grudnia 2012.

Miło by po kilku miesiącach odwiedzić mury Uniwersytetu, spotkać kilku znajomych, dowiedzieć się, że pani sekretarka i spotkani na korytarzu wykładowcy pamiętają moje imię i twarz.

niedziela, 16 września 2012

krytyk amator


Krytyka różne ma twarze. Ta od innych to obrażanie lub plotkowanie, ta od pracodawcy to feedback, a ten może być pozytywny lub konstruktywny, bo przecież nie negatywny, ta od samego siebie to autokrytyka, masochizm, depresja lub popis. Do tego filmowa, teatralna, polityczna, literacka i wiele innych. „Krytyka” to mocny wyraz, który ma raczej negatywne skojarzenia, a przecież spojrzeć na coś krytycznie lub krytycznym okiem, lub okiem krytyka, to tyle co dokonać oceny, podejść obiektywnie, wyszczególnić zalety i wady, mocne punkty i najsłabsze strony, oczywiste cechy i własne odczucia, spostrzeżenia. Należę do tych, co krytykować lubią. Bardziej siebie niż innych, ale równie chętnie oceniam czyjąś pracę, dzieło, film, książkę, wydarzenie, artykuł. Staram się każdorazowo zaznaczać to, co mi się podobało na początku recenzji (takie amerykańskie podejście), a do tego, co mi się nie podobało, gdy odnoszę coś konkretnie do osoby, po menadżersku widzę w tym szansę na poprawę, zmianę, rozwój. Dość podobnie jest z przyjmowanie krytyki. Często zadawanym pytaniem na rozmowach kwalifikacyjnych jest to o preferencję między pozytywnym i negatywnym feedbackiem ze strony pracodawcy. Bardzo długo myślałem, że ten pozytywny działa na mnie lepiej, trochę jak paliwo. Gdy w liceum dostawałem dobrą ocenę, miałem motywację, by się starać i utrzymać wysoki poziom ocen z danego przedmioty. Miłe słowo od szefa powoduje uśmiech i zwiększa motywację do pracy. Tylko ostatnio zauważyłem, że konstruktywna ocena ze strony osoby bardziej doświadczonej w hierarchii firmy naprawdę może pomóc w dostosowaniu się do stanowiska, zespołu, obowiązków i znajomości swojego miejsca w szeregu. Także popiół na głowę i słuchamy z otwartym umysłem.

Od kilku miesięcy mam poczucie, że poziom uwag krytycznych (w tym negatywnym sensie) jakie dostaję od bliskich i nieznajomych, znacznie wzrósł. Z jednej strony znajomi krytykują, bo chcą zmotywować do działania. Z drugiej strony znajomi krytykują, bo mają dość moich błędów, humorów, a w dodatku sami się rozwijają i są pewniejsi siebie. Z trzeciej strony zupełnie obcy ludzie krytykują czy tam obrażają, bo są zazdrośni, zakompleksieni, nikt nie chce z nimi mieć seksu lub zwyczajnie nie mogą zaakceptować wyglądu mojej twarzy (też czasem mam z tym problem). I ja to wszystko rozumiem, umiem sobie wytłumaczyć i wychodzę temu na czołowe. Jest jednak jedna rzecz, której nie rozumiem. Dostaję coraz częściej wiadomości od obcych, niefejkowych ludzi z gotowymi receptami na życie, z rozkładaniem blotek na czynniki pierwsze, z pomysłami na rzeczy, które miałyby poprawić moje „branie”… tylko po co?! Skąd chęć, czas i zaangażowanie, by wziąć jeden z wpisów na blo i napisać go ponownie bez użycia partykuły „nie”, której podobno bardzo nadużywam! Przerażają mnie takie wiadomości i ich autorzy. Rzadko wchodzę w interakcje, ponieważ czuję większe zagrożenie ze strony takich postaci  niż dresów na ulicy.

Najczęściej odpisuję „ok”. To najwspanialsza metoda na wszystkie podstawne i bezpodstawne oceny, na który nie czuję, że jest sens reagować. Choć często na usta ciśnie się też „who cares?!”.

Oraz naturalnie byłem od początku i jestem nadal świadomy, że z blo idzie nie tylko fala pozytywnych komentarzy, ale też ogrom krytyki i rzucania mięsem. Let’s face it – bez względu na wszystko to nadal depresyjne wypociny niepełnosprawnego pedała. Dramat.