hipokryta, hipochondyk, hipopotam

blog Mihała to miejsce zwykłe

miejsc zwykłych jest dużo

sobota, 24 stycznia 2015

trzecie uroblo


Blo, które przez większą część 2014 roku pozostawało martwe, 31 grudnia 2014 skończyło 3 lata. Przyczyna nieblowania jest prosta – brak potrzeby. Nie raz już tutaj wspominałem, że to co chciałem i co mnie bolało, już do Internetu wykrzyczałem, a blo jako takie straciło swoją pierwotną funkcję. Nie jest też tak, że o nim zapomniałem lub że o nim wcale nie myślę. Po pierwsze czuję więź trochę jak z własnym dziełem/dzieckiem. To reprezentacja moich myśli, pomysłów, odczuć, zdolności publicystycznych, coś co dzięki mnie wisi w sieci i w pewnym sensie już zawsze tam będzie. Po drugie,  blo postrzegam też jako warsztat literacki, zawsze chciałem pisać lekko i w sposób, który byłby zrozumiały dla każdego. Sam obserwowałem ewolucję swojego opornego stylu z czasów szkoły i chyba coś zmienić na korzyść mi się udało, bo… po trzecie, blo od początku miało bardzo pozytywny feedback. Skłamałbym, gdybym twierdził, że komentarze (częściej ustne i osobiste niż pisane tu) i statystki odwiedzin są dla mnie nieistotne. Jedne i drugie napędzają produkcję wpisów, poprawiają humor i są dowodami, że moje krzyki ktoś odbiera.

Urodzinowy wpis na blo to już tradycyjnie (można mówić o tradycji, gdy to trzeci raz?) podsumowanie mijającego roku. Z oceną 2014 długo zwlekałem. Przyczyn jest kilka, ale wszystkie prowadzą do dwóch słów: nie wiem. Zupełnie nie umiem przyznać, czy to był rok dobry, czy zły, czy lepszy od 2013, czy też gorszy, czy na równi z 2008, a może to totalna porażka niewarta blo. Powstrzymując się od jednoznacznych sądów mogę wskazać kilka istotniejszych chwil, które za naście lat będę kojarzył: „a no tak, to było w 2014”. Przede wszystkim – wyższe wykształcenie. Po 8 latach mieszkania w Warszawie, udało mi się zrealizować pierwotny cel przyjazdu ze Szczecina. Zrobiłem licencjat z socjologii na UW broniąc pracy dyplomowej o porównaniu Agnieszki Radwańskiej do przedsiębiorstwa. Idąc dalej – rozstałem się z nią, a potem wróciłem na siłownię. Po roku ćwiczenia uznałem, że to zabawa nie dla mnie. Efekt prawie żaden, zmęczenie ponad normę, wrażenie że zajeżdżam sam siebie. Po kilku miesiącach, z małym falstartem na chorobowy grudzień, wróciłem do Pure. Brakowało mi przede wszystkim pozytywnej energii i tego poczucia, że jednak coś ze sobą robię. Przy jednoczesnym odebraniu przez pracodawcę karty Multisport, siłownia będzie musiała przejąć po basenie funkcję podstawowego dostawcy endorfin. Udało mi się też kilka wyjazdów: Berlin, Szczecin, Poznań, Kraków, Wrocław, Olsztyn, Elbląg. Do skutku nie doszły za to Berlin (drugi raz) i Wilno, a to głównie z powodów zdrowotnych, bo właśnie to zdrowie stawia największy znak zapytania nad oceną minionego roku. Chorowałem sporo, nawet jak na mnie. Chorowali też moi bliscy. A skoro o bliskich mowa, to w 2014 pobiłem rekord życiowy w byciu w relacji. Trwa to już ponad 5 miesięcy i muszę przyznać, że dawno z nikim się tak nie śmiałem, tak dobrze nie czułem i nie chciałem, by trwało jak najdłużej.

W 2014 zostałem wujem, do życia wróciła podrasowana Sailor Moon, a przez „moje” mieszkanie przewinęło się z bardzo różnym skutkiem 5 (słownie: pięciu) różnych współlokatorów/współlokatorem.


Prócz zdrowia, dużym minusem dla 2014 jest to, że utknąłem w pracy. Już ponad 2 lata robię coś, czego robić nie chcę. Brakuje mi chyba mocy, by to zmienić plus nie do końca wiem, na co zmienić bym to chciał. Idę o zakład, że połowa moich problemów zdrowotnych ma podłoże psychosomatyczne. 

sobota, 10 maja 2014

The amazing Spider-Man 2


No dobrze, przyznaję się, nie umiałbym napisać negatywnej recenzji filmu z kuźni Marvela. To znaczy, może bym i umiał na siłę ułożyć kilka nieprzychylnych zdań, ale po prostu bardzo ciężko jest stworzyć  film o superbohaterze, który mi się nie spodoba. Z tym konkretnym było trochę tak, że musiał mi się spodobać. Po pierwsze – jedynka była dobra, po drugie – nowa seria i nowy główny bohater są o niebo lepsze od trylogii Sama Raimiego, po trzecie – bo wszyscy wszędzie mówili, że to dzieło. Prawdą jest, że Spidey to mój ulubiony heros i wszystko, co z nim związane wzbudza we mnie sentymentalną potrzebę obejrzenia, poznania, posiadania. Świadomie wybrałem wersję 2D, choć recenzenci pisali, że to jeden z tych filmów, który dużo zyskuje na technologii trzech wymiarów. Z tym 3D mam pecha. To co w nim widziałem, było kiepskie, a te filmy, które podobno są dziełami współczesnej techniki zawsze oglądam po staremu. Peter Parker miał za zadanie zachwycić mnie bez strzelania pajęczyną po oczach i w pewnym sensie mu się udało, ale jednak nie w efektach tkwi moc tego obrazu.

Nie dziwi mnie opinia, że film wydaje się długi i nudny. Jak na twór na podstawie komiksu i o jednym z najbardziej znanych superbohaterów na świecie jest w nim stosunkowo niewiele walki i ratowania świata. Przez to „stosunkowo” mam na myśli to, że nie jest walki i ratowania świata mało, lecz to, że dużo miejsca poświęcono (znowu) rodzicom Petera, rozterkom Parkera, wątkowi miłosnemu z Gwen, wprowadzeniu do gry Harry’ego i rewelacyjnej ciotce May (do której należy najbardziej wzruszająca scena filmu). To wszystko czyni drugiego „Spider-Mana” filmem kompletnym, bo każdy fan oryginału znajdzie wątki, za które pokochał komiks. Dla mnie absolutnie mistrzowskie jest, że o ile stara seria o pająku powtarzała w kółko wprost, że to „friendly neighborhood spider-man”, o tyle ta takiego Petera po prostu pokazuje. Uzupełnieniem jest humor (choć do tego Marvel nas już przyzwyczaił), świetna postać Elektro, dobra obsada, ścieżka dźwiękowa i niezastąpiony Nowy Jork.

W 2016 będzie trzecia część (w tym samym czasie będziemy mieli również drugich Avengersów oraz Batmana vs. Supermana), więc na szczęście to nie koniec tej dobrej, choć niepozbawionej głupot i błędów serii.


Aż cały się trzęsę z radości, że 2014 w kinie to cała masa filmów, które nie tylko na pewno obejrzę na dużym ekranie, ale też będę się przy tym świetnie bawić i odbywać podróż do czasów czytania komiksów z latarką pod kołdrą.




niedziela, 2 marca 2014

and the Oscar goes to... 2014


Między 1 grudnia 2013 a 28 lutego 2014 byłem 17 (słownie: siedemnaście) razy w kinie. Sezon oscarowy to coś, co pozwala przetrwać mi zimę – choć wkurza mnie to, że trzeba siedzieć na filmie z kurtką zimową na kolanach! Po raz siódmy obejrzałem przed ceremonią wręczenia nagród wszystkie filmy nominowane w kategorii najlepszy obraz roku, a przez rozłożenie nominacji w tym roku, w sumie wychodzi na to, że obejrzałem praktycznie wszystkie zdaniem Akademii najważniejsze tytuły 2013 roku. Na jutro specjalnie wziąłem wolne w pracy i zamierzam galę obejrzeć – jak za starych dobrych licealnych czasów. Ze względu na układ nominacji sytuacja aż prosi się o to, by do sprawy podejść statystycznie i zastanowić się, jak Akademia przydzielała statuetki w latach poprzednich. Nie pokrywa się to jednak z tym, jakie filmy osobiście widziałbym jako zwycięzców w poszczególnych, wybranych tu na blo kategoriach:

Najlepszy film: „American Hustle”. Od początku kończącego się dziś sezonu na nagrody walka rozgrywa się między „Gravity”, „12 years a slave” i „American Hustle”. Pozostałe filmy choć dobre (no może poza przeciętnym „Wolf of Wall Street”), nie mają według mnie większych szans. „American Hustle” jest dla mnie arcydziełem stworzonym jakby przez dobrego stratega wojennego, przypomina w swoim kształcie zeszłorocznego zwycięzcę „Argo”. Tylko statystyka komplikuje zabawę – bo dużo nagród na pewno zgarnie „Gravity” – efekty specjalne, dźwięk, reżyseria, realizacja dźwięku, muzyka… Oznacza to, że „American Hustle” byłoby zwycięzcą słomianym. Bo zwycięstwo „Gravity” w najważniejszej kategorii byłoby dla mnie wielkim zaskoczeniem. Do tego nie zapominam o dużym potencjale „12 years a slave” – choć mi się nie podobał, mam świadomość, że dla Amerykanów to bardzo ważny temat – a pamiętajmy, kto bierze udział w wyborze zwycięzców. Największym przegranym według mnie jest „Captain Phillips” – film rewelacyjny, ale trafił na mocno obsadzony rok.

Najlepsza aktorka: Cate Blanchett „Blue Jasmine”. Tu nie mam żadnych wątpliwości. Największa przegrana: Amy Adams „American Hustle”, mimo 5 nominacji poczeka na jeszcze więcej, zupełnie jak Kate Winslet.

Najlepszy aktor: Matthew McConaughey „Dallas Buyers Club”. Tu też nie ma zabawy w obstawianie. Duża metamorfoza, ważny temat, mocne przesłanie. Największy przegrany: Tom Hanks „Captain Phillips” – nie rozumiem dlaczego nie dostał nawet nominacji!

Najlepszy reżyser: Alfonso Cuarón „Gravity”. Bo to arcydzieło reżyserskie. Kategoria ma mocną obstawę, ale zasugeruję się dotychczasowymi zwycięstwami „Gravity”.

Najlepszy aktor drugoplanowy: Jared Leto „Dallas Buyers Club”. Tu tak samo jak z rolą pierwszoplanową, nie ma za bardzo nad czym gdybać. Leto jest chyba nawet lepszy niż Matthew. Największy przegrany: Bradley Cooper, bo jest megaprzystojny i już drugi rok z rzędu nie dostanie statuetki, mimo dobrej roli.

Najlepsza aktorka drugoplanowa: to moim zdaniem najtrudniejsza tegoroczna kategoria aktorska. I to z wielu powodów. Jennifer Lawrence wzięła do tej pory wszystko, co było za rolę w „American Hustle” do wzięcia. Tylko, że ona ma 23 lata i to jej trzecia nominacja do Oscara. Ona po prostu nie może dostać w tak młodym wieku już drugiej statuetki. Chociażby dlatego, że ja jestem zazdrosny i czuję się już stary. Wątpię, by Akademia zrobiła coś tak szalonego. Tylko to oznaczałoby, że „American Hustle” nie dostanie żadnego aktorskiego Oscara mimo wszystkich czterech nominacji… z pewnością Jennifer z całej czwórki na Oscara zasługuje najbardziej, ale napiszę to raz jeszcze – ona ma 23 lata, 3 nominacje i jedną statuetkę! Zagrozić jej może ulubienica Ameryków przez ostatnie kilka tygodni Kenijka Lupita Nyong'o za rolę w „12 years a slave”. Naprawdę trudny wybór, jeżeli całe Oscary pójdą w kierunku zdominowania przez „American Hustle”, wygra Jennifer. Największa przegrana: rewelacyjna June Squibb za „Nebraskę”.

Najlepszy scenariusz oryginalny: „American Hustle”. Jak pisałem wyżej film zrobiony jest rewelacyjnie. Największy przegrany (i film, który może okazać się czarnym koniem tej kategorii): „Her”, bo jest nowatorski, pomysłowy, lekki – trochę jak „Lost in translation”, „Juno”, „Eternal sunshine of the spotless mind

Najlepszy scenariusz adaptowany: „12 years a slave”. W sumie tu chyba nie ma nad czym się zastanawiać. Mimo wielkiej sympatii dla „Captain Phillips’a” i „Philomeny” (która może być czarnym koniem) wygra film o niewolnictwie na podstawie amerykańskiej książki, zwłaszcza jeżeli zdominuje całe Oscary.

Najlepszy długometrażowy film animowany: „Frozen”. Bajka ładna, choć nie jakaś szczególnie rewelacyjna. Po prostu najwięcej zarobiła, najwięcej osób ją widziało. Dawno w tej kategorii nie było porządnej, dobrej produkcji jak „Shrek” czy „Wall-e”.

Pozostałych kategorii nie obstawiam, bo albo nie widziałem ważnych kandydatów (jak w kategorii najlepszy film nie-po-angielsku), albo wynika to z tego, że nie znam się aż tak dobrze na np. montażu czy realizacji dźwięku, choć sądzę, że techniczne Oscary pójdą na konto  „Gravity”.

A dla wszystkich hejterów informacja – tak, naprawdę uważam, że Oscary są ważne i wymowne. Tym, którzy uważają, że są ponad tym komercyjnym szajsem, polecam scenę o niebieskim sweterku z „The devil wears Prada”.

niedziela, 23 lutego 2014

Ich ♥ Berlin


Trochę wstyd mi się przyznać, ale przez 19 lat mieszkania w Szczecinie i po 8 latach uczenia się niemieckiego w szkole, nigdy nie byłem w Berlinie. Zdarzyło mi się być na zakupach w przygranicznych miasteczkach, raz przejeżdżałem w nocy przez Hamburg i Rostock, ale nigdy nie dotarłem do stolicy naszych zachodnich sąsiadów. Wyjazd obiecywałem sobie od lat, a gdy w okresie świątecznym poznałem kolejną osobę, która w Berlinie mieszka i gdy dostałem jakąś tam premie za dobrą pacę, postanowiłem – jadę i tyle. Dość w ciemno kupiłem promocyjne bilety na pociąg na-okres-po-sesji, obwieściłem, że biorę  5 dni zaległego urlopu i drugi tydzień lutego spędziłem w mieście niedźwiedzia. Wiele o Berlinie słyszałem i to wywołało, że jechałem z dość precyzyjnym obrazem tego, co tam zastanę; że dość tanio, że wielkie miasto, że superimprezy, że mnóstwo rajskich ptaków, że totalna mieszanka mulitikulturowa. To co, zastałem jednak na miejscu, przerosło moje wszelkie domysły. Korzystając z gościnności dobrego znajomego spędziłem w stolicy Niemiec prawie 8 dni. Mimo doświadczenia madryckiego obcowania z wielkim zachodnim miastem, czułem się w Berlinie momentami jak wieśniak ze wschodu. Zabawne jest to, że tego samego dnia rano byłem w pracy w Kobyłce, gdzie przy torach stoją stragany, panie sprzedają sery i majtki, a bezdomne psy chodzą w kółko, natomiast wieczorem (to tylko 5 h 20 min podróży Berlin Warszawa Ekspres) zobaczyłem wielki szklany budynek dworca głównego w Berlinie. 

Już najpierwsze doświadczenia uświadomiły mi, że to jest miasto dla ludzi. Nie musiałem kupować biletu, bo po 20:00 i w weekendy na jednej ichsiejszej karcie miejskiej mogą jeździć dwie osoby. Piątkową noc, całe sobotę i niedzielę jeździłem z moim hostem zwiedzając miasto za darmo. Kawa czy jedzenie na mieście kosztuje mniej więcej tyle co u nas, no może minimalnie więcej, jeżeli ktoś chce popełnić ten błąd i przeliczać euro na PLN. Druga rzecz to świetna komunikacja, trzecia – można pić alkohol na ulicy. Widziałem mnóstwo kolorowych, offowych, nawet jak na moje gusta nieprzeciętnie ubranych ludzi and nobody cared. Miasto okazało się być niesamowitą hybrydą szklanych wieżowców wskazujących, że to jedna ze stolic świata z oldschoolowymi kamienicami, wąskimi uliczkami i małomiasteczkowym klimatem, gdzie świecą oliwne latarnie. Coś pięknego. Do tego wszystkiego w końcu zrozumiałem, co ludzie mają na myśli mówiąc, że Szczecin to niemieckie miasto. Podobieństwa między moim Szczecinem a Berlinem były tak uderzające, że aż robiłem zdjęcia zwykłym budynkom mieszkalnym, by potem uwierzyli mi znajomi. Śródmieście stolicy Pomorza Zachodniego wygląda jak centrum Berlina Wschodniego sprzed renowacji, w trochę brudniejszej i biedniejszej wersji – totalnie mnie to zauroczyło. 

Momentami miałem wrażenie, że żyje się tam jak w serialu „Queer as folk”. Czegoś takiego albo nie ma w Warszawie, albo ja jestem na to ślepy. Zrozumiałem skąd ten zachwyt w naszym światku wszystkim tym, co jest z zachodu lub mówi/nazywa się po niemiecku.

Z pewnością wrócę jeszcze do stolicy Niemiec i to nie za kolejne 27 lat. Torpeda poleca.


wtorek, 31 grudnia 2013

drugie uroblo


Dziś drugie uroblo. 2013 upłynął pod znakiem dużych zmian zarówno dla blo jak i dla mnie. Nowa praca (i to już prawie rok ta sama), dwie przeprowadzki, pierwszy raz na nartach, pierwszy raz na kajakach, początek przygody z siłownią, naprawienie zębów po latach, kolejny zaliczony rok socjologii, powrót do nauki hiszpańskiego po przerwie, kolejny rok singlostwa, miliony wizyt w kinie, jeszcze więcej wizyt na basenie (w sumie to w 2013 narodziła się koncepcja Torpedy), olsztyński wypadek telefonowy, pierwsza ever kara za jazdę bez biletu i zakończony pełnym sukcesem maraton przed Oscarami 2013. Na pewno największym minusem minionego roku jest nieobroniony magister ze stosunków międzynarodowych, ale nie odczuwam tego jakoś szczególnie jako porażki. Ostatnie kilka tygodni uświadomiły mi, a nawet pokazały namacalnie, że cały rok dużo i ciężko pracowałem, co widzę na swojej wiecznie zmęczonej twarzy, ale co się w końcu opłaciło i przynosło nie tylko emocjonalne, ale też materialne korzyści.

Zmiana blo wynika wprost ze zmian, jakie przyniósł 2013 mi. Po pierwsze mam mniej czasu, siły i weny na blo – ale to jest do przeskoczenia. Po drugie i ważniejsze – blo straciło trochę dla mnie swoją praprzyczynę powstania i istnienia. Odkąd się jakoś wszystko układa, wychodzę ze swojej depresji, mam mniej powodów do zmartwień i narzekań, mam też mniej tematów do skontenerowania na blo. Rzadko kiedy pojawia się coś, co mną bardzo wstrząśnie, zaboli, co wymaga ode mnie tego, bym usiadł na tyłku i przelał swoje emocje na .doc. To chyba dobrze, bo o ile naprawdę tęsknię za blo, za jakiś w miarę dobrym tekstem, za jakąś uwagą czy komentarzem od czytelnika, to naprawdę jestem szczęśliwszy,  a już na pewno bardziej uśmiechnięty. No i mam fajniejszy brzuch.

Pojawił się mi już pomysł na pierwsze blo w nowym roku. Mijający 2013 zacząłem maratonem trzech imprez sylwestrowych z przyjaciółką, skończę natomiast filmem w kinie i wspólnym czasem z dwójką najbliższych przyjaciół i gronem znajomych. I właśnie o filmach będzie nowe blo.

Z sylwestrowych zabawach czeka mnie jeszcze moje coroczne usuwanie już-nie-znajomych z fejsbuka. Mocno się moje grono bliskich w tym roku skurczyło, wymieniło, wykruszyło, odświeżyło, a wręcz częściowo zniknęło.

niedziela, 1 grudnia 2013

Torpeda przeprowadzony


Z końcem listopada musiałem się wyprowadzić z mieszkania przy Nowolipkach. Raptem po ośmiu miesiącach zakończyła się moja piękna przygoda z mieszkaniem praktycznie w centrum, ponieważ właścicielka postanowiła sprzedać mieszkanie. Nie ukrywam, że zdążyłem przyzwyczaić się do pieszych powrotów do domu o każdej porze dnia i nocy oraz dodatkowe snu ze względu na bliskość Uniwersytetu Warszawskiego i Dw. Wileńskiego. Ze względu na dwumiesięczny okres wypowiedzenia, szukanie nowego miejsca zacząłem dopiero po pierwszym weekendzie listopada. W pierwszym okresie szukałem dwupokojowego mieszkania z koleżanką. Bardzo odpowiadał mi taki układ – nie musiałem martwić się o swobodę życie osobistego, a w dodatku zawsze to miło mieszkać z kimś, z kim można rozmawiać, dzielić zainteresowania i grono znajomych. Ten etap szukania szedł bardzo opornie. Z jednej strony wydawało nam się, że po tym jak wszyscy studenci już się do końca października ulokują, nie będzie większego problemu ze znalezieniem mieszkania dla siebie. W praktyce okazało się, że może i łatwo jest znaleźć ładne, nieźle położone mieszkanie, ale za to za 3000 zł! Zwątpiłem w poczucie rozsądku mieszkańców Warszawy. Ewidentnie wszyscy chcą się nieludzko dorobić, nie wstydzą się pokazywać w ogłoszeniach zdjęcia najbrudniejszych, najgorzej umeblowanych pomieszczeń, najstarszych mebli, robią castingi i oczekują, że ktoś im zapłaci 1000 zł za pokój… Po jednym przejrzeniu ogłoszeń moje morale spadły prawie do zera. Po obejrzeniu dwóch czy trzech mieszkań z koleżanką i upływie ok. 2 tygodni listopada, nasze drogi się rozeszły i zaczęliśmy szukać czegoś osobno.

Moje nowe poszukiwania, tym razem już tylko pokoju dla siebie samego, wcale nie były łatwiejsze. Odkryłem, że ludzie szukający kogoś do wolnego pokoju w mieszkaniu chcą się nachapać kosztem nowego współlokatora i ni stąd ni zowąd cena wcale nie wynosi 1/3 czynszu całości. Druga ulubiona kategoria ogłoszeń to emerytki, które szukają młodej dziewczyny (niepalącej studentki) do mieszkania, w którym same mieszkają – już widzę te tłumy chętnych. Ostatecznie obejrzałem ze dwa pokoje i po niemałych perypetiach z poprzednimi lokatorami, ceną, planowaniem przeprowadzki udało mi się dość płynnie zmienić mieszkanie – na moje szczęście koniec miesiąca wypadał w weekend. To moje trzecie mieszkanie w Warszawie, co jak na ponad 7 lat w tym mieście wychodzi całkiem nieźle. W sumie teraz mam 4 przystanki tramwajowe dalej do centrum (co też nie jest tragedią), a mieszkanie jest bardzo czyste, świeże, jasne – co stanowi miłą odmianę dla nowolipkowego. Szybko się zadomowiłem i zintegrowałem.

Bardzo chciałbym podziękować tym, którzy pomogli Torpedzie na etapie poszukiwania i przeprowadzania.

I nie chcę już więcej przeprowadzek. Mam nadzieję zostać w jednym miejscu dłużej niż jeden sezon. Byłoby miło.

niedziela, 10 listopada 2013

odwyk kawowy


Dziś mija mój szósty dzień bez kubka kawy. To co się działo ze mną i moim ciałem przez ostatni tydzień nie równa się z żadnym etapem dotychczasowych chorób i depresji. To jakby mieć grypę bez gorączki, kataru i kaszlu, ale jednocześnie z takim bólem głowy, zmęczeniem, rozwolnieniem i bólem wszystkich kości i mięśni, że jest się i tak unieruchomionym. Poza pracą i jednym zajęciami musiałem zrezygnować ze wszystkich dodatkowych aktywności: wykładów, siłowni, basenu, zakupów, spotkań, angielskiego. Początkowo nie przypuszczałem, że może chodzić o kawę, ale wszystkie znaki na niebie i w googlu wskazują, że odstawienie kofeiny może mieć dokładnie taki sam przebieg jak odstawienie heroiny – czułem fizyczny ból związany z brakiem nowych dostaw pobudzającej substancji. Jeżeli to rzeczywiście prawda, że to kawa była winna całej sytuacji, przerażający bardziej wydaje się fakt, w jak dużym stopniu jestem od niej uzależniony. A wszystko zaczęło się niewinnie – zaobserwowałem, że gdy raz nie wypiłem rano przed pracą w domu kawy, strasznie mnie potem bolała głowa. Dodam, że jestem niestety z tych, których ból głowy totalnie paraliżuję i nigdy nie jest słaby – od razu taki, który zmusza do leżenia i wyłączania wzroku. Zastanowiłem się, ile kawy dziennie wypiłem (ok. 3-4), ile pieniędzy na kawę wydaję, jak bardzo żółkną mi od niej zęby i w jakim stopniu może ona mieć wpływ na stan mojego samopoczucia i stanu mojej cery. Postanowiłem zaryzykować i sprawdzić, czy jestem w stanie obyć się od kawy. Wujek gogle sugeruje trzy drogi: 1) wyeliminowanie kawy zupełnie, pochowaniem sprzętu, samej kawy – taka terapia szokowa; 2) zmiana godzin picia kawy, a najlepiej picie kawy codziennie o innych porach i w innych ilościach; 3) kupienie mniejszej kawy i mniejszych szklanek, filiżanek, by chcąc-nie-chcąc zmniejszyć ilość przyjmowanej kofeiny, która oszukuje nasz mózg. Wybrałem drogę nr 1, bo choć najtrudniejsza, wiedziałem, że w moim przypadku jedyna możliwa.

Wszystko wpisywało się w mój ostatni mały research na temat diet oczyszczających. Czuję, że potrzebuję oczyścić organizm. Jestem świadomy, że odżywiam się całkiem nieźle – poza tą kawą na pusty żołądek, ale mimo wszystko czuję duży spadek formy, energii i przede wszystkim – mój trupio-pryszczaty wygląd. Naprawdę jem dużo i z głową, ale mimo wszystko przyda mi się pozbycie się toksyn. Przeczytałem wiele o głodówkach, dietach owocowych, sokowych, jabłkowych, zbożowych i żadna nie jest czymś, na co mogę sobie pozwolić bez brania urlopu w pacy i na uczelni. Dlatego postanowiłem wprowadzić kilka elementów z każdej z nich do codziennego jadłospisu, przy jednoczesnych wyeliminowaniu kawy (herbaty nie piję od kilku lat), mojej słabości największej – wafelków, jedzenia z puszki, posiłków gotowych, mleka, przypraw i kilku innych ciężkich produktów. Jem za to jabłka, piję wodę z cytryną, sok marchwiowy, jem dużo otrębów, zbóż, produktów mlecznych i innych produktów nieprzetworzonych. Największe nadzieje mam na to, że poprawi się moja cera, która odkąd chodzę na siłownię, odkryła drugi okres dojrzewania.

Co do kawy, naprawdę tęsknię. Odkąd nauczyłem się ją pić, wiedziałem, że będziemy przyjaciółmi.

Po wyeliminowaniu z diety kawy, herbaty, alkoholu, słodzonych soków i napojów gazowanych oraz mleka, niewiele zostało mi rzeczy do picia – a picie w kółko czystej wody jest koszmarnie nudne.

niedziela, 27 października 2013

o przerwie w dostępie do blo


Są dwa główne powody, dlaczego blo miało długą przerwę w ukazywaniu się. Pierwszy z nich jest czysto logistyczny, drugi zdecydowanie bardziej powiązany z funkcją, jaką blo w moim życiu wypełnia. Ale po kolei. Z końcem wakacji, które od nie-wakacji różnią się dla mnie brakiem zajęć na socjologii, zaczęła się wielka gonitwa. Mój kalendarz jest wypełniony do granic możliwości. Niby mam o jedne zajęcia w tygodniu na studiach mniej w porównaniu z poprzednim semestrem, ale za to doszła mi siłownia, hiszpański, angielski, włoski. I wszystko pięknie – odczuwam zmęczenie, bo to oczywiste, ale zdecydowanie częściej jest to miłe zmęczenie, jakie towarzyszy uczuciu, że zrobiło się coś fajnego, że to zaowocuje lub zmęczenie posportowe, które uzależnia. Największe plusy tego stanu rzeczy: brak nudy, brak czasu na autorefleksję, poczucie rozwoju. Największe minusy: taki tryb życia sporo kosztuje – i to pieniędzy, bo majątek wydaję na dojazdy, na jedzenie w biegu (przede wszystkim kawę), na naukę i sporty; ale też i zdrowia – całe to gonienie widać na mojej twarzy, która zdradza mnie potwornie w kwestii tego, jak bardzo jestem momentami wycieńczony; drugi największy minus to fakt, że niestety wszystko co mam zaplanowane w dość łatwy sposób może runąć – bo trzeba zostać dłużej pracy i stracić zajęcia, bo pociąg nie dojedzie, bo mi ucieknie autobus, bo zajęcia przeciągną się 5 minut – naprawdę wszystko jest dopięte co do minuty, a faworyzowanie jednej z aktywności, zabiera kawałek innej. Dużo utrudnia kilmat i pogoda – już nie tak łatwo wstać o 5:30 na basen, powroty dzień w dzień po ciemku do domu sprawiają, że człowiek zasypia w autobusie, w pociągach sauna 40 stopni, bo już grzeją kaloryfery bez regulacji, do tego mgły, deszcz, zaraz śniegi i niedźwiedzie polarne.

Gdzieś tu już raz pisałem, że blo przede wszystkim powstaje dla mnie. To taki mój sposób na porządkowanie myśli, kojenie emocji, wyrażanie tego, co mam do przekazania światu, a najczęściej jest to metoda, by raz i porządnie powiedzieć, co sądzę na dany temat i po prostu do tego nie wracać. Zdecydowanie bardziej to wszystko jest mi potrzebne, gdy wszystko jest nie tak, a ogólny bilans codzienności wychodzi ujemny. Stąd dużo częściej blo pokazywało się, gdy nie miałem pracy, pieniędzy, siedziałem w domu, nic nie robiłem i narzekałem, że życie mnie nie kocha oraz, że zgniję marnie. Też nie jest tak, że marudzenie zniknęło – mam wręcz wrażenie, że marudzę dokładnie tyle samo, co zawsze. Jedyne co się zmieniło to stosunek między marudzeniem, a czasem, gdy z wielkim uśmiechem czy zaangażowaniem biorę się za milion rzeczy jednocześnie. Dodatkowo, wypowiedziałem się już na większość tematów, które mnie interesują, albo chociaż jeżeli nie interesują, to dotykają. Zostają naturalnie recenzje filmowe, które pewnie będą się pojawiać, o ile znajdę jakiś czas na kino (wkrótce idę na nocny maraton Thora), poza tym mam kilka zebranych i spisanych pomysłów, które zrodziły się przez te dwa miesiące przerwy.

Niedzielne okołopołudnia wydają się całkiem sensownym i wykonalnym terminem na pisanie nowego blo. Choć ostatni wpis udało mi się napisać ukradkiem w pracy, ale cicho!

A jest jeszcze jedno wielkie „ale” ostatnich tygodni. Moje życie randkowe, towarzyskie, społeczne zostało bardzo mocno okrojone. To i dobrze, i źle. Mogę się skupić na sobie i swoich celach, a przy dużej motywacji po obu stronach do spotkania zawsze dojść może, nawet w środku nocy.

wtorek, 22 października 2013

Torpeda


Lubię być Torpedą. Całkiem spore grono osób zwraca się do mnie właśnie w ten sposób i nie ukrywam, że bardzo mi to odpowiada. Jeżeli założyć, że osoba zainteresowana może mieć jakikolwiek wpływ na to, jakie chciałaby mieć przezwisko, to ja bardzo proszę o „Torpedę”. Gdy dostaję smsa z pytaniem, co u Torpedy, albo gdy wiadomości zaczynają się od słów „cześć Torpedo”, mały uśmiech pojawia się na mojej twarzy. Taki sam uśmiech wywołuje u mnie każda wizyta na basenie i każdy trening na siłowni. Reakcje chemiczne organizmu poprzez zwiększanie ilości endorfin oraz pierwsze zauważalne własnym okiem rezultaty są bezcenne. Tak jak na początku byłem pełen obaw przy okazji decyzji o związaniu się na dłużej z klubem fitness, tak teraz uważam to za jedną ze swoich najlepszych decyzji.

Pamiętam, jak kiedyś śmiałem się ze znajomych, którzy na fejsbuku informowali o swoim pobycie na siłowni. Nawet raz skomentowałem złośliwie, czy samo zameldowanie już wystarczy by chudnąć, czy naprawdę trzeba coś na gymie robić. Teraz sam melduję się na basenie i siłowni jak głupi, z całą świadomością tego, że po pierwsze – głupio i łyso to wygląda na mojej prywatnej tablicy; po drugie – wkurza i zaśmieca widok moim znajomym. Przyznam, że na początku sam nie wiedziałem, po co się melduję. Z jednej strony pewnie miało to element pochwalenia się, z drugiej chciałem sprawdzić co to daje. Minęło 1,5 roku odkąd regularnie chodzę na basen, ponad 3 miesiące temu dodałem do tego  siłownię i za każdym razem odnotowuję swój trening na fejbuku. Teraz już wiem, że robię to dla motywacji. Założyłem, że będę robił wszystko, co może mi pomóc w ruszeniu tyłka i pójściu pływać lub ćwiczyć. Nawet jeżeli ma to być coś na kształt głupiej radości, że ktoś polubił mój meldunek, albo powiedział/napisał mi, że jakoś podziwia, że też by chciał, pyta jak wstać o 5:30 rano na basen lub nieśmiało prosi, by móc pójść ze mną. Najmilsze są momenty, gdy ktoś z moich znajomych twierdzi, że moje zawzięcie, moje posty dają mu siłę, chęci, by wstać wcześniej, pić mniej, nie palić, jeść zdrowiej, ruszać się więcej. Takie deklaracje dają mi największego powera. Prawie jak Torpeda Narodów.

W związku z tym, że mój pracodawca chce uśmiercić Torpedę, potrzebuję nowego źródła karty Multisport. Inaczej zbankrutuję na karnecie na basen.


Po przerwie wakacyjnej, mimo naprawdę ogromu rzeczy, które teraz robię, bardzo chcę i będę wszystkimi siłami próbował przywrócić standardową częstotliwość nowych wpisów na blo. 

niedziela, 18 sierpnia 2013

weekendówki


Plan zabrania przyjaciół do Szczecina narodził się kilka lat. Niemal legendarne jest już moje wychwalanie stolicy Pomorza Zachodniego, więc zebrać chętnych do wyjazdu nie było trudno. Z organizacją też poszło gładko i sam nie wiem dokładnie kiedy, zapadła ostateczna decyzja o weekendowym wypadzie na Tall Ship Races 2013. Jednym zdaniem był to strzał w 10! Nieoficjalnie wiem już, że był to jeden z najbardziej burżujskich weekendów mojego życia. Z dwoma przyjaciółkami spaliśmy u trzeciej – szczecińskiej, która użyczyła nam mieszkania będąc w UK. Podróż to był koszmar z klimatyzacją. Dzięki temu, że wsiadłem na Wschodniej, mieliśmy miejsca siedzące, wiele osób stało całą drogę, do łazienki nie było jak przejść. Na miejscu żar z nieba, jasna noc, 35 stopni, najtańsze taksówki na świecie i milion osób. Miało być grzecznie, a skończyło się „wyjściem na miasto”. Łącznie przez cały weekend spaliśmy kilka godzin. Całe noce imprezowania, całe dnie zwiedzania – dziewczyny pierwszy raz widziały Szczecin, a ja też przyznam, że wiele miejsc wygląda teraz zupełnie inaczej i odkrywam je na nowo. Jechaliśmy taksówką jakieś 15 razy w ciągu 2 dób! Spotkałem przypadkiem mnóstwo znajomych z czasów szczecińskich (a niektórzy bardzo przytyli), byłem w tych samych klubach, co 8 lat temu (to akurat bardzo smutno), jadłem regionalne frytki w bułce i pokazałem dziewczynom wszystkie ważne miejsca, no może oprócz cmentarza. Zaliczyliśmy też urodziny babci, była świetna impreza, a jedzenie – jak nietrudno przewidzień – rewelacyjne. Widziałem z bliska najpiękniejszy basen w Polsce, pierwszy raz zwiedziłem bunkry pod Szczecinem wybudowane przez Niemców. No i najważniejsze – regaty. Coś niesamowitego! Nie byłem na pierwszym finale kilka lat temu i szczerze teraz żałuję. Miasto żyło, było mnóstwo obcokrajowców, atrakcji, do tego widać, że Szczecin zwrócił się frontem do Odry. Dziewczyny wróciły zachwycone, stwierdziły, że było jak zagranicą – od atmosfery, przez architekturę po towarzystwo. Zdaje sobie sprawę, że to niestety była głównie magia finału regat – największej imprezy plenerowej w Polsce.

Dwa tygodnie później pojechaliśmy z przyjaciółmi pod Olsztyn na kajaki. Była to moja druga wizyta w domu rodzinnym przyjaciela i od początku nastawiałem się, że ma mieć charakter wypoczynkowy. Wziąłem drugi raz w życiu dzień urlopu na piątek po świętym czwartku i już w środę ruszyliśmy na Warmię. Plan każdego dnia wyglądał podobnie: dużo snu, ale tak do 9, nie do 12, śniadanie, wyjazd na lody do Olsztyna, powrót, obiad, filmy, gra planszowa Battle Star Galactica, drynki, kulminacja każdego wieczoru – grill na tarasie i sen. Naprawdę odpocząłem, nie myślałem o pracy, dodatkowo przez własną niezręczność straciłem na 4 dni telefon i mogłem pożyć jak ludzie w średniowieczu. Kajaki też wyszły spoko – miałem zakwasy od noszenia kajaku, nie opaliłem się, bo było dość chłodno, a trasa leśna, ale natura mi się całkiem podobała – jesteśmy z przyjaciółmi zwierzętami miejskimi, ale miło było inaczej pooddychać. 

Szczecin: wielkie wow, srebne taksówki na-za-3-minuty, multikulturowość i multijęzyczność, dłuuuga podróż, przenośny Starbucks.

Olsztyn: lody o smaku marchewki, bazylii czy lat 50, zbita szyba w telefonie (300 zł w plecy!), totalny relaks choć pod dyktando przyjaciela, dużo natury, zero Starbucksa.