hipokryta, hipochondyk, hipopotam

blog Mihała to miejsce zwykłe

miejsc zwykłych jest dużo

wtorek, 18 września 2012

Mihał wraca na studia



To już prawie na 100% przesądzone: od 1 października 2012 roku ponownie uzyskam status studenta Uniwersytetu Warszawskiego. Teoretycznie nigdy nie zostałem skreślony z listy studentów stosunków międzynarodowych po uzyskaniu absolutorium i nieoddaniu pracy magisterskiej, ale z drugiej strony nie miałem ważnej legitymacji, także de facto z praw i przywilejów studenckich korzystać nie mogłem. A wracam na socjologię. W roku akademickim 2009/2010 zaliczyłem pierwszy rok studiów pierwszego stopnia przy Karowej 18 w Warszawie, a potem wyjechałem na Erasmusa ze stosunków i po powrocie nie udało mi się nadrobić zaległości (z powodów chorobowych, mieszkaniowych, stresowych), porzuciłem studia, a w listopadzie 2011 roku Instytut Socjologii porzucił i mnie. Ostatniego dnia aktywnej tegorocznej rejestracji na studia zapisałem się na socjologię ponownie, a już kilka dni później wiedziałem, że zostałem przyjęty na pierwszy rok. Moja współlokatorka Mariola złożyła za mnie prawie komplet dokumentów, a 1 sierpnia 2012 roku otrzymałem decyzję Komisji Rekrutacyjnej IS UW. I zaczęło się kombinowanie.

Od początku wiedziałem, że skoro pierwszy rok zaliczyłem dwa lata temu, nie chcę powtarzać wszystkich zajęć. Szukałem sposobu, by od października być od razu na drugim roku oraz by pogodzić studia dzienne z pracą. Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej, gdy z końcem lipca straciłem pracę, która w dość istotnym stopniu umożliwiłaby mi studiowanie dzienne (do zaliczenia w nadchodzącym semestrze mam tylko cztery przedmioty, ponieważ resztę udało mi się już zaliczyć lub przepisać). Cały sierpień i połowę września błądziłem między powrotem na studia a znalezieniem nowej pracy. Nowa praca od zaraz graniczyła z cudem, nowa praca od zaraz umożliwiająca studia dziennie graniczyła z dwoma cudami jednocześnie i w tym samym miejscu. Czas płynął, a ja zwlekałem, aż 18 września odbywał się ostatni dyżur kierownika ds. studenckich przed rozpoczęciem roku akademickiego, kiedy to mogłem załatwić sprawę przepisania na drugi rok. Ostatecznie podjąłem decyzję, że „jakoś to ułożyć się musi!”. Mihał wraca  na studia. Udało mi się uzyskać zgodę na bezpłatny powrót na drugi rok i naprawdę bardzo mnie to ucieszyło.

Dowiedziałem się też, że na 100% mam jeszcze rok na napisanie oraz obronę pracy magisterskiej na stosunkach międzynarodowych. Krążyły plotki, listy, sprzeczne informacje, które zostały sprostowane przez nową Panią Tereskę z dziekanatu. Bardzo bym chciał obronić się do końca grudnia 2012.

Miło by po kilku miesiącach odwiedzić mury Uniwersytetu, spotkać kilku znajomych, dowiedzieć się, że pani sekretarka i spotkani na korytarzu wykładowcy pamiętają moje imię i twarz.

niedziela, 16 września 2012

krytyk amator


Krytyka różne ma twarze. Ta od innych to obrażanie lub plotkowanie, ta od pracodawcy to feedback, a ten może być pozytywny lub konstruktywny, bo przecież nie negatywny, ta od samego siebie to autokrytyka, masochizm, depresja lub popis. Do tego filmowa, teatralna, polityczna, literacka i wiele innych. „Krytyka” to mocny wyraz, który ma raczej negatywne skojarzenia, a przecież spojrzeć na coś krytycznie lub krytycznym okiem, lub okiem krytyka, to tyle co dokonać oceny, podejść obiektywnie, wyszczególnić zalety i wady, mocne punkty i najsłabsze strony, oczywiste cechy i własne odczucia, spostrzeżenia. Należę do tych, co krytykować lubią. Bardziej siebie niż innych, ale równie chętnie oceniam czyjąś pracę, dzieło, film, książkę, wydarzenie, artykuł. Staram się każdorazowo zaznaczać to, co mi się podobało na początku recenzji (takie amerykańskie podejście), a do tego, co mi się nie podobało, gdy odnoszę coś konkretnie do osoby, po menadżersku widzę w tym szansę na poprawę, zmianę, rozwój. Dość podobnie jest z przyjmowanie krytyki. Często zadawanym pytaniem na rozmowach kwalifikacyjnych jest to o preferencję między pozytywnym i negatywnym feedbackiem ze strony pracodawcy. Bardzo długo myślałem, że ten pozytywny działa na mnie lepiej, trochę jak paliwo. Gdy w liceum dostawałem dobrą ocenę, miałem motywację, by się starać i utrzymać wysoki poziom ocen z danego przedmioty. Miłe słowo od szefa powoduje uśmiech i zwiększa motywację do pracy. Tylko ostatnio zauważyłem, że konstruktywna ocena ze strony osoby bardziej doświadczonej w hierarchii firmy naprawdę może pomóc w dostosowaniu się do stanowiska, zespołu, obowiązków i znajomości swojego miejsca w szeregu. Także popiół na głowę i słuchamy z otwartym umysłem.

Od kilku miesięcy mam poczucie, że poziom uwag krytycznych (w tym negatywnym sensie) jakie dostaję od bliskich i nieznajomych, znacznie wzrósł. Z jednej strony znajomi krytykują, bo chcą zmotywować do działania. Z drugiej strony znajomi krytykują, bo mają dość moich błędów, humorów, a w dodatku sami się rozwijają i są pewniejsi siebie. Z trzeciej strony zupełnie obcy ludzie krytykują czy tam obrażają, bo są zazdrośni, zakompleksieni, nikt nie chce z nimi mieć seksu lub zwyczajnie nie mogą zaakceptować wyglądu mojej twarzy (też czasem mam z tym problem). I ja to wszystko rozumiem, umiem sobie wytłumaczyć i wychodzę temu na czołowe. Jest jednak jedna rzecz, której nie rozumiem. Dostaję coraz częściej wiadomości od obcych, niefejkowych ludzi z gotowymi receptami na życie, z rozkładaniem blotek na czynniki pierwsze, z pomysłami na rzeczy, które miałyby poprawić moje „branie”… tylko po co?! Skąd chęć, czas i zaangażowanie, by wziąć jeden z wpisów na blo i napisać go ponownie bez użycia partykuły „nie”, której podobno bardzo nadużywam! Przerażają mnie takie wiadomości i ich autorzy. Rzadko wchodzę w interakcje, ponieważ czuję większe zagrożenie ze strony takich postaci  niż dresów na ulicy.

Najczęściej odpisuję „ok”. To najwspanialsza metoda na wszystkie podstawne i bezpodstawne oceny, na który nie czuję, że jest sens reagować. Choć często na usta ciśnie się też „who cares?!”.

Oraz naturalnie byłem od początku i jestem nadal świadomy, że z blo idzie nie tylko fala pozytywnych komentarzy, ale też ogrom krytyki i rzucania mięsem. Let’s face it – bez względu na wszystko to nadal depresyjne wypociny niepełnosprawnego pedała. Dramat.

sobota, 8 września 2012

lista spraw otwartych



Uwielbiam listy. Na zakupy zawsze chodzę z kartką lub notatką na komórce, gdy mam do zrobienia kilka mniej lub bardziej pokrewnych zadań jednego dnia, zawsze notuję wszystko na kartce z notesu i po kolejnych etapach realizacji wykreślam. Bo właśnie o wykreślanie tu chodzi. Nie mam problemów z pamięcią, a im mam więcej rzeczy do zapamiętania, ogarnięcia i wykonania, jestem weselszy. Skreślanie jest swego rodzaju oceną postępu i nagrodą za wykonanie. Odhaczam, wykreślam, odptaszkowuję, uśmiecham się, mogę zapomnieć i przejść dalej. Oczywiście rozpisanie wszystkiego na papierze pomaga się zorganizować, uzmysłowić dokładnie co, ile i jak mam zrobić, a w dodatku przy pracy z deadlinem ułatwia kontrolowanie, ile nieskreślonych elementów zostało w stosunku do zbliżającej się godziny finiszu. Listy oraz kalendarze zawsze pomagały mi też w nauce do egzaminów, kiedy to prócz obowiązków codziennych, dochodziły też długie godziny nauki z podziałem na kilka przedmiotów jednocześnie. Wtedy po zdanym egzaminie lub uzyskanym zaliczeniu można było zamazać przedmiot na wykazie i odliczać czas do wakacji.

Właśnie dlatego, gdy pożegnałem się z poprzednim pracodawcą i usiłowałem podejść do tego, jako do szansy na krok w przód, zrobiłem listę. Nazwałem ją roboczo „listą spraw otwartych”. Przypomina to trochę listę spraw do załatwienia przed śmiercią lub turystyczne listy rzeczy, które trzeba zrobić/zobaczyć podczas wizyty w danym miejscu. Zawiera ona sprawy, których realizacja zajmie mi kilka lat, sprawy, których realizacja będzie możliwa za kilka lat oraz sprawy, które wymagały lub wymagają jedynie chwili. A wszystko to po to, by żyło się łatwiej i weselej. Przez sierpień i początek września udało mi się z niej wykreślić kilka pozycji, co wiązało się z kilkoma ważkimi decyzjami, ale jednocześnie zapewniło sporo ulgi sumieniu. Starałem się nie nadawać priorytetów konkretnym punktom, naturalnie jednak myślnik „znajdź pracę” ma większy wykrzyknik niż „naucz się portugalskiego”. Lista sama w sobie jest w większości tajna i obejmuje różne aspekty życia jak finanse, przyjaźnie, rozwój, seks, myłość, ciało, blo. I mam szczęśliwy długopis do wykreślania. Jest fioletowy, ale pisze na niebiesko.

Udało mi się wykreślić dwie z ważnych i poważnych spraw z listy i jestem z tego powodu przezadowolony.

I cieszy mnie bardzo rosnąca liczba sygnałów od znajomych, że widzą jakościową zmianę Mihała.

sobota, 1 września 2012

teoria stałej


Często się zdarza, że bawię się w małego psychologa. By nie było niejasności, z psychologią wiele wspólnego nie mam, a poza zaliczeniem psychologii społecznej oraz jednego roku w jakimś sensie pokrewnej socjologii, nie znam się na niej w ogóle. Nie przeszkadza mi to wcale, by często i bardzo analizować swoje myśli, zachowania, nawyki, reakcje, relacje i gdyby to miało jakiś większy sens lub oparcie naukowe, zasługiwałbym już na tytuł doktora i mógł otworzyć własną szkołę wyższą. Na czwartym roku studiów, tak przed wyjazdem na Erasmusa do Hiszpanii, prawie całe dwa semestry chodziłem na terapię do pana psychologa, który nazywał się tak samo jak niemłody polski wokalista i był trzecią osobą o tym samym imieniu i nazwisku, o której egzystencji wiem. Raz w tygodniu spotykaliśmy się na pogawędkę o mnie, która to była raczej swego rodzaju wywiadem, bo on zadawał pytania, a ja długo i obficie odpowiadałem. Do dziś nie wiem czy te spotkanie mi coś dały, na pewno pełniły podobne funkcje do tych obecnie mniej lub bardziej realizowanych przez blo. Niestety negatywnie nastawiły mnie do szukania „pomocy” w tego typu usługach psychologicznych.

Jednym z „zysków” spotkań z panem psychologiem było wypracowanie sobie przeze mnie małej teorii, którą roboczo nazywam „teorią stałej”. Z pewnością ktoś, gdzieś już to wymyślił, nazwał inaczej, opisał, a studenci uczą się o tym na studiach, natomiast ja doszedłem do tego poprzez cotygodniowe „wywiady” bez pomocy książek. A według tego założenia nasze życie opiera się na szkielecie, trwałej konstrukcji, którą wyznaczają rzeczy stałe. Takimi rzeczami stałymi są praca, dziecko, studia, pasja. To taki kręgosłup każdego dnia, podobnie jak Wisła jest kręgosłupem Warszawy. Stałych może być oczywiście kilka. I to do tych stałych dobudowujmy/wypełniamy pozostały czas: do codziennej pracy dodajemy spotkanie na kawę, kino, siłownię, prace w ogrodzie. Stałe nadają kształt naszemu każdemu dniu, bo są bezrefleksyjne: od 9 do 17 jestem w pracy i nie muszą się „martwić”, co robić w tych godzinach, nie muszę poświęcać temu ani jednej myśli. Problem jest wtedy, gdy stałych brakuje – a mi ich brakuje. Nie pracuję, nie studiuję, nie mam ogródka, nie mam dzieci, nie mam psa, nie mam samochodu, nie mam zobowiązań, ani jakiś szczególnych, konkretnych obowiązków, nie mam chłopaka. Dlatego tak trudno jest zorganizować każdy pojedynczy dzień – brak mu szkieletu, czegoś co bez zastanowienia byłoby tego dnia obecne, wpisane w kalendarz, pochłaniające czas i energię. I to zjada bezrobotnych.

Obecnie codzienny basen to moja jedyna mała stała. I wokół wyjścia na pływalnię między 13:00 a 14:00 obudowuję całą resztę wydarzeń dnia w postaci jedzenia, sprzątania, spotkań ze znajomymi i sesji wysyłania aplikacji.

Bardzo tęsknię za moimi stałymi i sztucznie próbuję tworzyć nowe.

czwartek, 23 sierpnia 2012

wyprawa na Madagaskar


Zostałem zaproszony na „Madagaskar”. Ze względu na brak sponsorów tylko do kina. Na już trzecią i długo oczekiwaną część bajki o uciekinierach z NYC zoo poszedłem tak jak lubię: nie w weekend, rano, z miłym towarzystwem i bez jedzenia. Tak jak można się było spodziewać, w mokotowskim multipleksie było sporo dzieci i rodziców z dziećmi, które hałasowały, krzyczały, śmiały się trzy razy częściej niż my, jadły dosłownie wszystko oraz wychodziły do łazienki w trakcie seansu. Idąc do kina na film tego gatunku większość spodziewa się dokładnie tego samego: śmiesznych sytuacji, dobrego dubbingu, banalnej, ale rozrywkowej fabuły oraz wpadającej w ucho ścieżki dźwiękowej. Mimo oczywistego faktu, że każda następna część po pierwszej jest gorsza, „Madagaskar 3” spełnia stawiane przed nim zadania: bawi, zajmuje dzieci, cieszy najmłodszych, rozśmiesza dorosłych, przedłuża żywotność całego towarzyszącego mu marketingu oraz zwyczajnie poprawia humor.

Zabawne jest to, że z tytułowym Madagaskarem „Madagaskar” nie ma już prawie nic wspólnego. Główna czwórka z Kenii trafia do Europy, robi burdel w Monte Carlo, ucieka do Francji, występuje w Rzymie i Londynie, by ostatecznie wrócić do Nowego Jorku i pięknie zamknąć trylogię. Mamy nowe zwierzęta, które nie powalają, mamy zwierzęta, które są zwierzętami zwierząt i z niezrozumiałych dla mnie powodów nie mówią – niedźwiedzica Sonia (zupełnie jak mój niedawno zmarły pies z dzieciństwa), nie mamy za to za wiele pingwinów, które mi osobiście bardziej podobają się niż Król Julian i jego mała świta. Motywem przewodnim jest cyrk i jakoś tak to wywołało u mnie pytanie: czy cyrk jest jeszcze popularny? Chodzi się do cyrku jeszcze? Sam nie byłem od 15 lat chyba w wielkim namiocie, a z tego co pamiętam, nigdy nie widziałem dobrego show. Godnym podkreślenia jest występ zwierząt w połączeniu z piosenką „Firework” Katy Perry. Taka wielka animowana wizualizacja w połączeniu z pięknym, optymistycznym ładunkiem, który niesie ten dobry utwór, naprawdę robią wrażenie i kilka razy wracałem do tego fragmentu na jutubie.

Mam nadzieję, że zamiast Madagaskaru 4 doczekamy się filmowej wersji Pingwinów z Madagaskaru, które w sumie od początku były moimi faworytami.

I jak zawsze oglądając w kinie bajkę, miałem okazję zobaczyć przed nią zapowiedzi pięciu innych animowanych historii, z czego dwie zapowiadają się bardzo korzystnie: „Strażnicy Marzeń” i „Paranorman”.

czwartek, 9 sierpnia 2012

powroty, upadki i powstania Batmana



Batman nigdy nie był bohaterem, którego jakoś specjalnie lubiłem. W dzieciństwie oglądając w telewizji teraz już stare wersje filmowe, miałem cały czas poczucie, że są za ciemne, nic nie widać, przez co miałem problemy ze zrozumieniem fabuły, a do tego jeszcze uzasadniałem to słabością twórców, którzy w ciemności obrazu chcieli ukryć niedociągnięcia filmu lub niemożności techniczne. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że te filmy takie są specjalnie. Bo Batman to bohater pozytywny, ale mroczny. I „mroczny” można traktować tu jako słowo klucz, a wręcz synonim „Batmana”, bo przecież nowe wersje filmu właśnie „mroczny” mają w tytułach. Drugie słowo klucz to „rycerz”, bo Batman to rycerz Gotham City. Nie jest nadprzyrodzony, a ludzki i śmiertelny, ma swoje lęki, kieruje się honorem, broni niewinnych, nie zgadza się na anarchię, jest megawaleczny, czuwa, by zło nie przeważyło równowagi na swoją korzyść, nie czeka na zyski, a do tego ma tysiące gadżetów, których nie ma nikt inny i miliony dolarów.

Na ostatnią(?) odsłonę Mrocznego Rycerza wybrałem się z przyjaciółmi w czwartek późnym wieczorem. I teraz już wiem, że nie jest to dobry termin na trzygodzinny film. Zmęczenie dało w kość i utrudniło odbiór. Za dużo dobrego też na temat tego filmu wcześniej widziałem, czytałem, słyszałem, a gdy zetknąłem się z recenzją, w której autor napisał, że na nowym Batmanie popłakał się dwa razy – raz ze smutku, a raz z czystej młodzieńczej fanowskiej fascynacji komiksem i światem superboahterów – pomyślałem, że to musi być dzieło wybitne. Nowy obraz Nolana podobał mi się, ma mnóstwo mocnych stron, natomiast mnie nie powalił, już chyba druga część zrobiła na mnie większe wrażenie. Naprawdę rozumiem, że można było się zmęczyć i/lub znudzić na tym filmie. Trzy godziny z reklamami to dużo, nawet dla zapaleńców. Mój przyjaciel wyszedł z kina zniesmaczony i rozczarowany, co przy nieznajomości poprzednich części, czwartkowym terminie i długości filmu, który jakoś specjalnie akcją napchany nie jest, byłem w stanie całkowicie zaakceptować. Aby dobrze zrozumieć część trzecią, trzeba zobaczyć pierwszą i dobrze jest dla ciągłości zobaczyć też drugą. Do tego jakaś podstawowa znajomość losów Bruce’a Wayne’a również ułatwia docenienia tego obrazu.

Wielu zarzucało kiepskość postaci granej przez Anne Hathaway, a mnie się ona bardzo podobała. Była rozluźniaczem napięcia, odrobiną humoru, oczywiście wątkiem miłosnym, no i te kopnięcia w szpilkach!

Mam nadzieję, że czwartej części nie będzie. Trylogia to sprawdzona formuła i tej wersji Nolan powinien się trzymać. Fabuła zamyka się w ładną całość, jednak zostawiona na końcu furtka może zaowocować nową opowieścią o losach nowej postaci.

piątek, 27 lipca 2012

Londyn też miał trochę Euro 2012



Pierwszą Olimpiadą, którą pamiętam, była ta w Atlancie w 1996. Miałem 9 lat, nieszczególnie interesowały mnie medale, ale oglądałem już wiadomości, więc informacje o naszych (nie)osiągnięciach docierały do mnie codziennie. No i oczywiście piosenka Edyta Górniak „To Atlanta”, będąca mistrzowskim popisem wokalnym, też była mi znana z powodu igrzysk. Jak to już zaznaczyłem przy okazji Euro, naprawdę lubię duże imprezy sportowe. Niosą ze sobą duży ładunek emocjonalny, ekonomiczny, tożsamościowy. Olimpiada jako największe wydarzenie sportowe globu jest czasem optymistów. Przyświecają jej idee pokoju, jedności, współpracy, a furorę w sieci robią zdjęcia obejmujących się medalistów z USA i Iranu. Tylko to trochę takie zakłamane, bo te idee są piękne, ale w praktyce podzielane przez raczej wąskie grono i w bardzo określonym czasie. Trudno się jednak nie zgodzić, że wszystko to razem może być ładne, PR-cudowne i w połączeniu z obrazkami płaczących medalistów przy hymnie narodowym – wręcz wzruszające.

Te londyńskie igrzyska towarzyszyły mi przez ponad dwa tygodnie w wersji online. Pewnie gdybym miał telewizor, spędziłbym przed nim całe zawody oglądając relacje z najdziwniejszych dyscyplin sportowych, o których nigdy wcześniej nie słyszałem. I mimo że nie przeżywałem takiej fascynacji jak Atenami czy Pekinem, trzymałem kciuka za ważne polskie momenty i swoje ulubione konkurencje. Siatkówka, tenis i pływanie, do tego może jakieś biegi, rzuty i ogólnie ta bardziej lekkoatletyczna część zabawy – to lubię. Śledziłem też losy niepełnosprawnych uczestników igrzysk, którzy sprawdzają się w obu wersjach imprezy. Natalia niemająca ręki w podobny sposób co ja i Oscar na węglanowych nogach stanowią sensację. Z jednej strony świetna sprawa, pokazują jacy są zdeterminowani, odważni, pracowici, potwierdzając sobą ideę równości, z drugiej natomiast powodują pytania, o to czy aby na pewno to zgodne z zasadami fair play. Ja sam nie wiem. Patrzenie na nich jako na takich samych jak pełnosprawni jest fałszywe. Oni nie są tacy sami. To trochę jak z kampaniami gejowskimi, które na celu miały pokazać społeczeństwu, że jesteśmy „tacy jak Wy”. Sęk w tym, że nie jesteśmy i nie będziemy. Z niepełnosprawnymi podobnie, o ile jestem cały „za” ich startami w nieparaigrzyskach, o tyle nie podpisuję się pod uzasadnianiem tego faktem, że są tacy sami jak sprawni fizycznie sportowcy.

Tak, tak, zdjęcia pływaków, skoczków, zawodników piłki wodnej mogę oglądać w kółko.

A tak już czepiając się bardzo idei równości, zabawne jest to, jak bardzo ignoruje się paraolimpiadę. Czasem mam wręcz wrażenie, że gdyby jej nie było, mało kto by zauważył. I mimo że Polacy z tej wersji igrzysk przywożą więcej medali, mało kto z nas może nazwać choć jednego medalistę. Ja też nie umiem.

czwartek, 26 lipca 2012

rozwiązanie umowy o pracę za wypowiedzeniem


W czwartek 26 lipca dostałem wypowiedzenie. Do 4 sierpnia jestem na urlopie, a od 5 na bezrobociu. Całość trwała jakieś 4 minuty. Prawie jak na maturze, niczego niespodziewający się ja i trzyosobowa komisja złożona z przełożonego, przełożonej-przełożonej i Pani z zatrudniającej mnie agencji pracy tymczasowej. Dostałem dokument, usłyszałem „dziękuję” i „powodzenia”, podpisałem, sprzątnąłem biurko, oddałem telefon służbowy, identyfikator i po chwili byłem już poza firmą. Nie podano mi przyczyny rozstanie, a ja o nią nie dopytałem. Przez chwilę przeszła mi myśl, aby dowiedzieć się, co właściwie się stało, ale postanowiłem nie pytać, bo i tak niewiele by to w danym momencie już zmieniło. Z jednej strony byłem w szoku, z drugiej doskonale wiedziałem, że mnie to czeka. Bardziej podejrzewałem, że gdy skończy mi się umowa 31 sierpnia, wtedy nie zostanie przedłużona, ale widocznie decyzje biznesowe zapadły szybciej. Prosto z pracy pojechałem na basen, by ochłonąć, w międzyczasie wysłałem kilka smsów do przyjaciół z nowinami. Nie było mi smutno, nie robiłem scen, ani w sumie z nikim się nie pożegnałem. Poniszczyłem tylko swoje materiały, pousuwałem pliki z komputera, wyczyściłem telefon z kontaktów i wiadomości. Fakt jak szybko i sprawnie mi to poszło,  uświadomił mi, że gdzieś w środku byłem na to gotowy.

Podsumowując, spędziłem we fioletowym korpo prawie 5 miesięcy. Biorąc pod uwagę, że była to moja pierwsza praca (w sensie prawnym i w sensie, że dorosła), uważam że sporo się nauczyłem. Popełniłem mnóstwo błędów i mogę tylko domyślać się, że to właśnie one były przyczyną zakończenia ze mną współpracy. Sprawa blo, niewyparzony język, nieukrywanie swojej niechęci i zbytnie zaufanie wobec innych, starszych i wyższych stanowiskiem pracowników – to plus jeszcze ewentualnie inne błędy o których nie wiem – uświadomiły mi, jak bardzo nie nadaję się do pracy w korporacji. Z jednej strony mogę przyznać, że na własne życzenie zmarnowałem szansę na poprawę swojego losu, z drugiej czuję się bogatszy o niemałe doświadczenie i do każdej następnej pracy podejdę z zupełnie innym nastawieniem. Choć to niełatwe i już uruchomił mi się alarm finansowy, postaram się do całej sytuacji podejść na luzie, z głową i nadzieję na zmianę na lepsze. A wszystkim współpracownikom wielkie „dziękuję” i „powodzenia”.

Nie będę narzekał na firmę, ani odżegnywał znajomych od korzystania z jej usług. Pracownikiem już nie jestem, ale klientem będę pewnie jeszcze długo. 

Po dwóch dniach już wiem, że bardzo będzie mi brakować klimatyzacji z biura.

środa, 25 lipca 2012

Prometheus


Teoretycznie „Prometeusz” wpisuje się w rodzaj filmów, które lubię i na które chętnie, a wręcz obowiązkowo chodzę do kina. Po obejrzeniu trailera byłem lekko zaciekawiony, ale równie zniechęcony. Co jak co, ale w kinie to ja się bać naprawdę nie lubię. Żadne thrillery, horrory, masakry piłą mechaniczną, nawet zombi zagłady wolę w domu przy świetle dziennym. Dodatkowo słyszałem wiele złego i wiele dobrego o nowym obrazie Scotta, a to nigdy nie jest dobrze za dużo się o filmie dowiedzieć przed obejrzeniem, jeżeli się je planuje. A zaplanowali je moi przyjaciele i w przededniu mojego rozstania z pracą odwiedziliśmy kino w Arkadii (centrum handlowym, w którym bywam dosłownie raz w roku), by w 3D się wspólnie rozerwać. Szczególnie mocno rozrywał się Pan, który siedział po mojej prawie i na głos komentował cały film. Gdyby nie to, że był sam, zwróciłbym mu uwagę, ale bałem się, że może być chory psychicznie i wbije mi nóż między żebra. Tyle teraz tych zbrodni w kinach… tłum był niesamowity jak na środek tygodnia wieczorem, zapowiedzi takie bardzo byle jakie, no ale nie ma to jak potencjalnie dobry film w dobrym towarzystwie – tylko z lewej strony.

Nie wiedziałem, że „Prometeusz” jest prequelem „Aliena”, uświadomiono mnie dopiero na dwa czy trzy dni przed wizytą w kinie. Serię „Obcego” obejrzałem tylko raz i to gdy byłem w gimnazjum. Nie pamiętam, co było w poszczególnych częściach i jaki był przebieg fabuły, ale jestem pewien, że był to bardzo ważny punkt w historii kinematografii, taka pozycja obowiązkowa. Jednak „Prometeusz” mnie rozczarował. Zetknąłem się z recenzją, która podsumowała ten obraz jako „ładnie opakowaną pustkę” – że niby to majstersztyk techniki, który nic a nic nie powala fabułą i nie odpowiada na ważne pytania, które mogą nasunąć się podczas projekcji. Nie zgodzę się z tym. To była dla mnie „brzydko opakowana pustka”. Wcale nie powalają efekty, wcale nie jest to film efekciarski, owszem ma ładne widoki, ale to nie wystarczyło, by mi się przypodobać. Gdy tylko w końcu coś zaczęło się dziać na poważne, spojrzałem na zegar i okazało się, że za 10 minut koniec. Aktorsko nie zachwyca, bo zwyczajnie nie może. Mimo niezłej obsady, nie ma co ukrywać, że nie jest to obraz, w którym dobry aktor ma szansę się wykazać. By nie być totalnie krytycznym przyznam, że dwie rzeczy podobały mi się bardzo, no dobra trzy. Po pierwsze, niezła początkowa scena i motyw z rozpadającym się „inżynierem” – dobra, bo po wyjściu z kina zastanawialiśmy się nad jej znaczeniem. Po drugie, jedna dobra odpowiedź na głupie pytanie. Stary donator chce spotkać „inżynierów” i zapytać ich, po co stworzyli rasę ludzką, na co pani doktor odpowiada, że „stworzyli, bo mogli”. Po trzecie, pan doktor, który niestety ginie jako jeden z pierwszych, to bardzo przystojny facet!

Na pewno będzie następna część. Co przy założeniu, że ta była prequelem „Aliena”, oznacza że kolejna będzie czym?

Theron naprawdę idealnie nadaje się do ról zimnych suk. Jest piękna, lodowata, majestatyczna, powalająca. Ta rola taka była dla niej bez większego starania osiągalna na zadawalającym poziomie.


piątek, 20 lipca 2012

Go Spidey, go!


Nietrudno było przewidzieć, że prędzej czy później wybiorę się do kina na „The Amazing Spiderman”. Oczywiście miało to miejsce później, gdy w kinie nie ma już tych, co muszą szybko zobaczyć, tych co idą, bo idą i tych, co jedzą nachosy. Wybrałem się z bratem, gdy film w kinie grali już tylko raz dziennie i to w takich godzinach studencko-wakacyjnych. Poskutkowało to tym, że przed nami siedziało dwóch młodych chłopców z ładnymi nogami. Moje uwielbienie do Spidermana jest wiadome, dlatego też cokolwiek bym zobaczył, dowiedział się, usłyszał o nowej wersji kinowej przed jej obejrzeniem, nie miałoby żadnego znaczenia i wpływu na to, że ją zobaczę w kinie. Zabawne było to, że kilka osób to mnie pytało o to, dlaczego kręci się nową wersję pierwszej przygody Spidermana ledwie 10 lat po poprzedniej… Można zastanawiać się czy zmieniło się pokolenia, czy aż tak technika poszła do przodu, że film można nakręcić lepiej, czy temat się odświeżył, ale chyba najodpowiedniejszym wytłumaczenie jest to, że się po prostu taki obraz nakręcić opłaca! Obok Batmana i Supermana to właśnie Spiderman jest najbardziej dochodowym amerykańskim superbohaterem. Nie widzę w tym nic dziwnego, bo sam interesuję się jego losami i płacę, by je oglądać.

A film okazał się być pozytywnym zaskoczeniem. Już trailer wskazywał, że ta wersja Spidermana będzie: a) mroczniejsza; b) jakaś taka bliższa wyobrażeniu człowieka-pająka, którą mam w głowie po komiksach; c) z dużo ładniejszym i bardziej odpowiadającym Parkerowi aktorem – Andrew Garfieldem. Na pierwszy rzut oka widać, że fabuła względem oryginału różni się w sposób oczywisty: nie ma Mary Jane Watson, rodzice Parkera powiązani są z badaniami nad przeszczepianiem genów między gatunkami, ciocia May nie ma 80 lat. Ale ten film się bardzo dobrze ogląda (nawet w wywołującym u mnie bóle głowy 3D). Jest więcej emocji, więcej akcji, lepsze efekty, to odmłodzenie i uwspółcześnienie fabuła wyszło filmowi na dobre, a do tego nowy aktor spisał się na medal i pozostawił daleko w tyle przeciętnego Maguire’a. W tej odsłonie głównym złym jest niewidziany w poprzedniej trylogii Jaszczur, który nie jest może zrobiony jakoś wybitnie charakterystycznie, ale za to z pomysłem i dobrze dobranym zasobem cech charakteru. Przyznam, że oglądając na dużym ekranie kogoś, kto histerycznie próbuje odzyskać brakujące przedramię, pomyślałem sobie: „right… looks familiar in some way”. Tylko że ja nie chcę zawładnąć światem, nie znam się na transgenice i zdecydowanie nie wierzę, że rękę lewą mieć kiedyś będę – do tego taką pojaszczurkową, fuj.

Nieznane są mi szczegóły plotki dotyczącej tego, że Andrew ma tak dużego penisa, że nie mieścił się w kostiumie. A szkoda, bo ja bardzo lubię połączenie niebieskiego z czerwonym.

Mamy tu kolejny przykład, gdy „The amazing Spiderman” brzmi dwa razy lepiej niż „Niesamowity Spiderman”, mimo że oba znaczą dokładnie to samo.