hipokryta, hipochondyk, hipopotam

blog Mihała to miejsce zwykłe

miejsc zwykłych jest dużo

środa, 29 lutego 2012

dzień, którego nie ma


29 lutego to dzień dziwny. Swoją drogę bardzo denerwuje mnie błąd w postaci „29 luty”, luty jest jeden i mówi/pisze się „29 lutego”! To w zasadzie dzień, którego nie ma. Najpierw myślałem, by tego dnia i z tej okazji blo nie napisać. Potem stwierdziłem jednak, że to idealny temat na wpis. W podstawówce na geografii uczą, skąd bierze się 29 lutego. To chyba najbardziej techniczny dzień w swojej naturze, złożony z resztek, które nazbierały się przez cztery długie lata. Mój nauczyciel geografii śmiał się, że osoby, które urodziły się 29/02 obchodzą urodziny co 4 lata. Nie znam nikogo z taką datą urodzenia, ale ktoś kiedyś mówił mi, że by ułatwić  życie, niemowlakom, które przychodzą wtedy na świat, wpisuje się w dokumentach 28/02 lub 01/03. Tylko że to plotka. Ktoś ze znajomych na fejsbuku napisał dziś, że jeżeli Polska przegra dziś z Portugalią na Stadionie Narodowym w meczu otwarcia to rocznicę tego będziemy mieli dopiero za 4 lata. Także ludzie zauważają, że mam jeden ekstra dzień w 2012.  Imieniny mają dziś Antonia, August, Dobrosiodł, Oswald i Roman, a cały glob obchodzi Dzień Chorób Rzadkich – ciekawe czy tak rzadkich jaki 29 lutego też?

Nie wiem czy z ostatnim dniem co czwartego lutego wiążą się jakieś legendy, przesądy czy zwyczaje. Z jednej strony można popatrzeć na niego jak na kolejny wspaniały dar – nowy dzień, z drugiej strony to kolejny szary, zimowy wciąż dzień pracy w roku. Czasem oznacza, że na coś trzeba czekać 24 h dłużej, a czasem, że coś trwa o dobę więcej. Tylko że to wszystko bzdury. Dzień jak co dzień, niczego niewydłużający, ani nic niczego nieskracający! W ogólnym rozrachunku to głównie nie pojedyncze dni decydują o długości, a lata, miesiące. Także po prostu trzeba żyć.

Także dzisiaj jest mój ostatni dzień bez pracy. Przeleniuchowałem calutki w łóżku z komputerem, kawą, grą, serialem, książką i pysznym sprezentowanym jedzeniem.

I dziś kończy mi się karta miejska. Niestety następny raz 220 zł będę musiał wydać za 3 miesiące, a nie za 4 lata.

wtorek, 28 lutego 2012

poniedziałek, 27 lutego 2012

szczęście ma pecha


Mam życiowego pecha. Wczoraj robiłem kawę w małym, ciśnieniowym czajniczku specjalnie do parzenia kawy stworzonym i go przewróciłem. Zalała się cała kuchenka, podłoga w kuchni, a ja ledwo uniknąłem poparzenia. Niby duperela, ale jednak się przejąłem. Po pierwsze, bo nie było to u mnie w domu i ktoś inny niż ja poniósł straty, po drugie, ponieważ cały weekend spędziłem na myśleniu o protezie, przeszło mi przez głowę, że może gdybym ją akurat w tej sytuacji miał, nie doszłoby do tego durnego „wypadku”. Tak czy inaczej jestem przyzwyczajony do pecha. To taka trochę mieszanka podejścia pesymistycznego z żywym przekonaniem, że coś mi się zawsze nie uda. Pesymista jest teoretycznie w lepszej sytuacji. Nastawia się negatywnie i jeżeli coś rzeczywiście mu się nie uda, smuci się mniej, bo przewidział takie zdarzenie. Jeżeli coś jednak się uda, cieszy się podwójnie, bo się udało i bo uniknął nieudania się. Tylko by być pesymistą, trzeba mieć cholernie silną psychikę. Lub po prostu lubić czuć się źle. Gdy twierdzę, że jestem przyzwyczajony do pecha, mam na myśli, że w pewnym sensie dobrze czuję się w sytuacjach, które są dla mnie niekorzystne. Mam opanowane czucie się źle, nauczyłem się przystosowywać do sytuacji negatywnych, a poniekąd też samo umartwiania się sprawia mi swego rodzaju przyjemność.

Teoretycznie ostatnio powinienem przyznać, że kilka rzeczy naprawdę się układa. Poznałem osobę, z którą chciałbym związać się na dłużej i która już teraz bardzo wiele dla mnie znaczy; znalazłem pracę, mam perspektywę wyjścia z długów i osiągnięcia stabilizacji finansowej; wydaje też mi się, że wzmocniły się więzy z moim najbliższym gronem przyjaciół. Tak obiektywnie jestem w stanie przyznać, że to warunki mogące dać poczucie szczęścia. Tylko ja szczęścia nie rozumiem. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nigdy szczęśliwy nie byłem. Należę do tej grupy osób, które zawsze znajdują sobie powód do narzekania. Gdy wydarzy się coś dobrego, uwagę skupiają na czymś innym, co akurat w danym momencie jest nie ok. I dlatego teraz zamiast cieszyć się z nowej pracy czy rodzącej się relacji, martwię się kręgosłupem, protezą ręki, zębami, brakiem kasy czy jedzenia. Bo czym jest szczęście? Radość i zadowolenie to stopnie szczęścia? Czy jak ktoś się dużo śmieje to znak, że jest szczęśliwy? Nie jest. Ażebym ja poczuł się szczęśliwy, muszę chyba przekonstruować swoją strukturę psychiczną.

Mój współlokator twierdzi, bo się naczytał znanych socjologów, psychologów i psychoanalityków, że on konteneruje we mnie swoje negatywne emocje, a ja w nim swoje pozytywne. W ten oto sposób on jest cały czas zadowolony, a ja ciągle smutny.

A w moich cyklach sinusoidalnych dobrego i złego humoru, czasem smutek zastępowany zostaje przez gniew. Taki bezprzyczynowy, denerwujący gniew. Zupełnie jak ten odczuwany przez Jean Cabot graną w „Crashu” przez genialną Sandrę Bullock.

niedziela, 26 lutego 2012

I know where Brokeback Mountain is - volume II and the Oscar goes to...


Na „Brokeback Mountain” w kinie byłem dwa razy. Podobna historia z obejrzeniem filmu więcej niż raz na wielkim ekranie zdarzyła mi się jeszcze dwa lub trzy razy w życiu. O ile nie jestem przekonany, że dzieło Anga Lee jest dziełem wybitnym, o tyle na pewno było w moim życiu filmem i momentem ważnym. W Polsce w kinach wyświetlany był w lutym i marcu 2005, dokładnie wtedy, gdy kończyłem 18 lat. Pierwszy raz do kina poszedłem sam – swego czasu bardzo lubiłem oglądać filmy bez towarzystwa. Najlepiej w dzień powszedni rano, gdy w kinie jest jak najmniej osób jedzących naciosy (które śmierdzą gorzej niż popcorn). Na 18. urodziny sam w prezencie kupiłem sobie ścieżkę dźwiękową z filmu, która jest bardzo wybitna, a potem w kwietniu odwiedziłem największe kino w Szczecinie z moją jeden-dzień-starszą przyjaciółką i jej mamą, by ponownie obejrzeć „Tajemnicę”. Przeczytałem opowiadanie Annie Proulx (oraz kilka innych jej książek), scenariusz do filmu, zdobyłem plakat i śmiało mogę przyznać, że zostałem fanem obrazu, w którym przecież grał mój ulubiony już wcześniej aktor – Jake Gyllenhaal. O tym że Oscara dla najlepszego filmu nie dostanie wiedziałem przed ceremonią. Po obejrzeniu nominowanej piątki oczywistym wydawało mi się, że „Crash” jest filmem lepszym. Swoją drogą wiecie, że producent „Crasha” Paul Haggis jest też twórcą „Strażnika Teksasu”? Jednak za role, za muzykę, za ujęcia pełne owiec, za opowiedzianą historię i za dramat ukazanych w filmie kobiet „Brokeback Mountain” ma zapewnione miejsce wśród najlepszych filmów, jakie widziałem.

W niedzielę, albo jak kto woli w poniedziałek, po raz 84. rozdane zostały Oscary. Pierwszy raz od kilku lat nie obejrzałem wszystkich filmów nominowanych w kategorii najlepszy obraz roku przed wręczeniem nagród. Głównie z przyczyn finansowych, choć w sumie mogłem się postarać i zobaczyć te 10 filmów online lub po nielegalnym ściągnięciu. Tylko że w większości przypadków to nie to samo. A jakość i efekt kina często mają decydujące znaczenie w ocenie dzieła. Trudno mi się odnieść do wyników oscarowej gonitwy. „Artysty” nie widziałem i jakoś nie palę się do tego. Jedyne co mogę ocenić to filmy „Iron Lady” i „The Help”. Pierwszy rozczarował mnie bardziej, drugi prawie wcale. Oscar dla Streep to kolejny dowód, że Akademia lubi kobiece role, w których trzeba się zbrzydzić i poświęcić. Moim zdaniem, przy całym szacunku dla Meryl, lepiej tego Oscara byłoby dać Davis lub Williams. Tak z powodów docenienia większego grona. Meryl Oscary miała już dwa i kilkanaście nominacji. Viola i Michelle mogły odmienić swoje kariery. Tak czy inaczej wybór nie był oczywisty i do ostatniego momentu byłem przekonany, że Streep nagrody jednak nie dostanie.

Szkoda, że ceremonii nie można już obejrzeć normalnie w polskiej telewizji. Niby wszyscy się cieszą, że Polacy mają swoją reprezentację wśród nominowanych, ale samej gali to już TVP od kilku lat nie pokazuje. I pamiętam, że zaraz po tym jak stwierdzono, że się to TVP nie opłaca, Oscara dostał Jan A. P. Kaczmarek za muzykę do „Finding Neverland” i pewnie było mu smutno, że Polacy go nie widzą w takim momencie.

I chyba nie ma ceremonii oscarowej, której fragmentów bym nie widziałem i się nie rozpłakał. Po prostu nie umiem się powstrzymać. Nic mnie tak nie wzrusza jak szczera mowa ze statuetką w ręku i łzami w oczach.


sobota, 25 lutego 2012

protezka groteska


W czwartek załatwiałem zaświadczenie lekarskie umożliwiające zatrudnienie na umowę o pracę. Pracodawca wysłał mi skierowanie mailem, załatwił terminy i opłacił badania w dość drogiej, prywatnej klinice, w której wszystko było sterylnie czyste, białe, skórzane lub szklane. Nigdy wcześniej takich badań nie robiłem, a moje wyobrażenie o nich było takie, że to krótka formalność. Nic bardziej mylnego. Rano wizyta u okulisty, na której szybko potwierdziło się, że mam idealny wzrok, po 3,5 h kontrola u laryngologa, który z małym „ale” pozytywnie ocenił mój słuch, a na koniec najważniejsze – lekarz medycyny pracy. Do tego jakieś uzupełnianie formularzy, wywiady rodzinne, przebyte choroby, problemy, bóle, schorzenia, dotychczasowe wykształcenie i doświadczenie zawodowe. Trochę nie byłem na to przygotowany i miałem problem, by np. podać kod pocztowy firmy, która mnie właśnie zatrudnia lub typ raka, na który zmarł mój dziadek. Najgorsza jednak okazała się wizyta „podsumowująca”. Trwała ponad 40 minut, była pełna emocji, historii, rysowania rysunków i skończyła się tym, że wyszedłem zapłakany ze zgodą do pracy „tylko” na rok – w sensie za rok mam powtórzyć całą serię badań, podczas gdy w standardzie takie zaświadczenie do tego typu pracy, którą będę wykonywał, dostaje się na lat 4. Lekarz w ogóle nie chciał mi wystawić takiego papieru. Zgodnie z Kodeksem Pracy, jako osoba z umiarkowanym stopniem niepełnosprawności mam prawo do 35 godzinnego tygodnia pracy, tj. dziennie 7, a nie 8 godzin. Jednak jeżeli ja oraz lekarz jednocześnie wydamy zgodę, mogę pracować 8 godzin dziennie i 40 tygodniowo. Jeszcze na rozmowie kwalifikacyjnej spytany zostałem, jak (ile) będę chciał pracować. Stwierdziłem, że nie chcę zaczynać w nowym miejscu od grymaszenia, więc zdecydowałem się na pełny wymiar pracy. Tu powstało nieporozumienie.

Na skierowaniu do lekarza pracodawca umieścił prośbę o wydanie opinii i zgody na wydłużenie mi czasu pracy do 12 godzin na dobę  oraz na nadgodziny. Okazało się, że ja źle zrozumiałem czy też nie zostało to do końca dopowiedziane wprost w procesie rekrutacji, że w systemie pracy mojego nowego działu, mogą zdarzać się zmiany 12 godzinne, choć w praktyce te wydłużone to najczęściej zmiany 10 godzinne. Po zapoznaniu się z moim orzeczeniem, dokumentacją ortopedyczną oraz obejrzeniem moich pleców, medyk stwierdził, że taka forma pracy to zabójstwo dla mojego kręgosłupa. Zaczął mnie moralizować i straszyć tym, że za 3 lata przestanę chodzić. Że mam zacząć wykonywać dziesiątki ćwiczeń na plecy, zwracać uwagę jak siedzę przy biurku, jak najczęściej wstawać, a najlepiej to znaleźć sobie pracę jako kurier, by być ciągle w ruchu. I najważniejsze – powinienem zacząć nosić protezę ręki. Jestem tym przerażony i nie mam pojęcia, jak do tego podejść. Abstrahując, że mnie zwyczajnie na taką protezę nie stać (podobno koszt przy dofinansowaniu NFZ, którego ubezpieczenia wciąż nie mam, to 10000 PLN), to jeszcze nigdy nie chciałem i chyba nadal nie chcę jej nosić. Całe życie żyłem bez i nauczyłem się wszystkiego bez, wydaje mi się, że jej nie potrzebuję. Lekarz był innego zdania i niemal wymusił na mnie obietnicę zajęcia się sprawą, a zaświadczenie wydał dlatego, że popłakałem się i poprosiłem o nie na „swoje ryzyko”.

Muszę chyba zorganizować jakiś fundraising na rzecz mojej przyszłej ręki. Może powinienem sprzedać powierzchnię reklamową na niej? Przerasta mnie to w każdym sensie. Nawet nie znam nikogo, z kim mógłbym o tym porozmawiać, a kto protezę już nosi.

I wszystko obija się o pieniądze. Proteza, rehabilitacja, jakaś siłownia czy basen, nawet na zamontowanie durnego drążka do podciągania mnie nie stać. Może powinienem zacząć pisać listy z prośbą o sponsoring do wielkich korporacji?

czwartek, 23 lutego 2012

Załatw Ubezpieczenie Sam, Nas Frajerze Zostaw czyli o ZUSie i NFZecie


Moje przygody z Narodowym Funduszem Zdrowia i Zakładem Ubezpieczeń Społecznych to się chyba nadają do Gazety Wyborczej. Jako dziecko i nastolatek byłem ubezpieczony przez mamę. Może mama nie zawsze pracowała, ale gdy rejestrowała się jako bezrobotna, wpisywała mnie i siostrę do książeczki wizyt jako osoby zgłoszone do ubezpieczenia. Chodziłem grzecznie do lekarza, gdy byłem chory, mam wszystkie szczepienia zgodnie z kalendarzem itp. Gdy skończyłem liceum i wyjechałem na studia, przekonany byłem, że wszystko z moim odmamowym ubezpieczeniem jest w porządku. W sierpniu 2010, a więc po czwartym roku studiów, okazało się, że nie jestem ubezpieczony. Mama o mnie zapomniała i to dosłownie. Przyznała mi się przez telefon, że odkąd wyjechałem, nie wpisuje mnie jako dziecka do ubezpieczenia (notabene wciąż uczącego się), bo myślała, że sam sobie to jakoś w Warszawie ogarniam. Przyznam jej, że jest sprytna. Na Erasmusa pojechałem nieubezpieczony i bez EKUZ, a na Uniwersytecie w Madrycie dałem ksero jakiejś karty plastikowej i podpisałem, że mam prywatną opiekę medyczną (co w części było prawdą, bo podpisałem umowę z PZU na opiekę w LuxMedzie). Na szczęście w Hiszpanii ani razu nie miałem potrzeby skorzystania z usług medycznych. Po powrocie do Polski, a dokładniej dopiero w czerwcu, postanowiłem sprawę załatwić i napisałem list do NFZ w Szczecinie z prośbą o radę i pomoc. Byłem zaskoczony, gdy z odpowiedzi dowiedziałem się, że ubezpieczenia nie mam od 2 października 2006 roku, tj. od dnia uzyskania statusu studenta… Ciekawi mnie tylko, że kilka razy na studiach zdarzało mi się korzystać z państwowej służby zdrowia, składałem nawet deklarację wyboru lekarza pierwszego kontaktu w przychodni studenckiej i nikt nigdy nie kazał mi za nic płacić. Chyba mają tam spory bałagan! I tak do dziś nie jestem ubezpieczony. Musiałbym płacić za karetkę, pobyt w szpitalu, płacę 100% za recepty, nie mogę iść do państwowego lekarza. Wydawałoby się, że wszystko od 1 marca, gdy zacznę pracować na umowę o pracę, odmieni się, jednak istnieje spora szansa, że będę musiał za te 5,5 roku bycia nieubezpieczonym zapłacić NFZ ryczałt, gdyż w tym czasie mogły powstać jakieś schorzenia, których leczenie od marca musiałbym sfinansować już NFZ. Cudownie.

Z ZUS historia jest równie absurdalna. Gdy miałem 19 lat za namową mamy koleżanki (i dzięki jej pomocy) złożyłem wniosek o rentę. Nie do końca rozumiałem zasady, ale pomyślałem, że to zawsze kilkaset złotych na życie w Warszawie więcej, a gdy trzeba samemu sobie wszystko finansować, warto się postarać. Lekarz orzecznik ZUS stwierdził jednak, że renta mi się nie należy, bo jak wynika z jego pisemnej opinii „mój stan rokuje poprawę”, czytaj: „ręka panu odrośnie”. Złożyłem odwołanie, ale termin wyznaczony został na okres, gdy nie mieszkałem już w Szczecinie i nie pojawiłem się na komisji. Trochę nie widziałem już sensu. Odkąd mam wydane orzeczenie o stopniu niepełnosprawności dostaję od miasta Szczecina zasiłek pielęgnacyjny - miesięcznie 153 zł. Otrzymywać je będę do końca życia (bo mam orzeczenie na stałe) i bez względu na wysokość przyszłych zarobków. Opłacam z tego co miesiąc abonament prywatnej opieki medycznej, tym samym trochę rekompensuję sobie brak ubezpieczenia państwowego. No i zawsze zostaje mi 34 zł na kawę i ciastko.

Ta cała trwająca już lata sytuacja obecnie mnie tylko śmieszy. I jeżeli zobaczycie jakiś wypadek z moim udziałem, nie dzwońcie po karetkę, bo ja na pewno nie będę miał z czego za nią zapłacić.

Wszelkie porady prawne i medyczne są więcej niż mile widziane!

środa, 22 lutego 2012

wielki mały post


Każdego roku tłusty czwartek sygnalizuje, że zaczyna się ostatni weekend karnawału (chociaż niektórzy twierdzą, że weekend zaczyna się we wtorek). Co roku innego dnia, ale zawsze w pierwszą środę po pączkowym czwartku wypada środa popielcowa i zaczyna się 40 dniowy Wielki Post – czas oczekiwania na Święto Zmartwychwstania Pańskiego. Moje podejście do poszczenie w ogóle na przestrzeni lat bardzo się zmieniło. Gdy byłem młodszy, ale na tyle „dorosły”, by rozumieć sens tych dni, tworzyłem postanowienia, zaprzestawałem spełniania swoich zachcianek, uczestnictwa w imprezach, picia alkoholu itp. Odkąd mieszkam w Warszawie, moje wybory zdecydowanie zwiodły mnie ze ścieżki poprawnego katolika. Próbując postawić się na w miarę możliwości neutralnej pozycji, wydaje mi się, że okresy postu w kościele rzymskokatolickim powinny zostać poddane dyskusji. Wiele myśli się (wciąż mniej rozmawia czy przedsięwzia) o reformach w kościele. Abstrahując na razie od kapłaństwa kobiet, seksu przed małżeństwem i zniesienia celibatu, to właśnie spojrzenie na poszczenie według mnie wymaga przedefiniowania. By być atrakcyjnym dla człowieka XXI wieku kościół musi się zmieniać. Kilka lat temu ewoluowało podejście do niejedzenia mięsa w piątki, a ciężar tej reguły przesunął się od zasady katolicyzmu bardziej w stronę tradycji. Czy nie warto zmienić trochę podejście do Wielkiego Postu i zmniejszyć nacisk na jego obowiązkowość?

Zostałem wychowany w wierze rzymskokatolickiej. Udzielono mi Chrztu, Komunii Świętej i Bierzmowania. Kilka lat byłem tzw. praktykującym katolikiem, do końca liceum chodziłem na lekcje religii, na coniedzielną Mszę, do spowiedzi. Bywały również okresy, gdy do kościoła na Mszę chodziłem codziennie, przed szkołą na 7:00 rano i tak przez większość klasy maturalnej. Szczerze okres bycia blisko Wspólnoty wspominam jako dobry czas, kiedy to czułem się dość szczęśliwy. Wszystko zaczęło nie działać, gdy skończyłem 19 lat, zdałem maturę, zacząłem pracować i planować przeprowadzkę do stolicy. Odkąd mieszkam w stolicy na Mszy byłem 2 razy, raz w Katedrze w pierwszą niedzielę mieszkania tutaj we wrześniu 2006, drugi raz na Chrzcie syna koleżanki w sierpniu 2011. Nie za bardzo umiem wytłumaczyć taką zmianę. To trochę jakbym wygasił w sobie potrzeby religijne. Obecnie uznaję siebie za osobę bez wiary. Nie jestem ateistą, bo de facto wiem, że Bóg istnieje. Nie jestem też agnostykiem, bo kwestia istnienia Boga nie jest dla mnie kwestią otwartą. Po prostu religia czy jej brak nie stanowi dla mnie w tym momencie znaczącej sprawy. A skoro kościół katolicki ma problem z homoseksualizmem, a raczej z zachowaniami homoseksualnymi, to nawet przy moich najszczerszych chęciach i głębokiej wierze w Boga, nie dogadamy się.

Nigdy nie szukałem też innych rozwiązań. Wiem, że są wyznania, związki, kościoły, sekty czy instytucje, które nawet udzielają błogosławieństw relacjom homoseksualnym. Zwyczajnie nie mam potrzeby absolutu nad sobą.

Z racji swojej katolickiej przeszłości i przekonania, że Jezus był postacią historyczną, a Bóg istnieje, mam szacunek do swoich znajomych, którzy wyznają w życiu ideały chrześcijańskie w praktyce, łącznie z celebrowaniem postu.

wtorek, 21 lutego 2012

kochamy seriale volume II


Chyba najlepszym sposobem na zabicie czasu jest oglądanie seriali. Owszem, staram się też czytać książki, choć to bardziej w komunikacji miejskiej lub grać w gry, ale na to muszę mieć ochotę, gdyż gram w te same gry od 10 lat. Odkąd można całe serie oglądać za darmo online (pomijam na ile jest to legalne), stało się to popularne, modne i powszechne. Nie mam telewizora od jakiś 9 lat, tzn. w aktualnym akurat moim miejscu zamieszkania (pokoju) nie było działającego odbiornika telewizji od 9 lat. Nie pamiętam za bardzo czasów, gdy seriale oglądałem normalnie – to jest w systemie cotygodniowym. Jak byłem mały na pewno widziałem tak część „The X-files”, „Ally McBeal”, a jak już trochę starszy to dwie serie „Magdy M.” Nigdy nie zagłębiałem się w „Friends”, a „Dr. Quinn, Medicine Woman” nie zaliczam do seriali nowej generacji, bo w Polsce leciał w niedzielę rano.

Obejrzałem całe „Queer as folk” (amerykańskie), „True Blood”, „Heroes”, „Six feet under” i „Lost”, do tego dwie pierwsze serie brytyjskiego „Skins” i 6 serii „House M. D.”. Jestem na bieżąco w „Desperate Housewives” i „Glee”. Nie wiem, w jakie dokładnie dni pojawiają się nowe odcinki akurat tych dwóch produkcji, ale kilka razy dziennie zaglądam na zaprzyjaźniony serwis internetowy z serialami bez limitu i sprawdzam, czy pojawiły się już jakieś nowości. Z polskich tytułów całkiem na bieżąco byłem swego czasu z „Klanem”, „Złotopolskimi” i „M jak miłość”, ale teraz nie mam zielonego pojęcia, o co w nich chodzi i kto w nich gra. Oczywiście docierają do mnie informacje o śmierci Hanki, Rysia i randkach Maćka, ale to tylko innymi kanałami niż poprzez sam serial. Także jeżeli ktoś zapyta mnie o to, co robiłem przez ostatnie miesiące, odpowiem, że oglądałem seriale.

Takiego oglądania seriali tej nowej już generacji nauczyłem się na „Six feet under”. Pożyczyłem box z 5 seriami od zaprzyjaźnionej pary i przez kilka dni obejrzałem całość, a na ostatnim odcinku popłakałem się jak dziecko.

Największym minusem oglądania odcinek po odcinku przez cały dzień jest to, że potem naprawdę nie pamięta się, co i jak działo się w danej serii. Np. z „Gotowych na wszystko” mam ogólną wiedzą, co do tej pory wydarzyło się w serialu, ale o uporządkowaniu wydarzenia, wskazaniu postaci epizodycznych i tematów przewodnich poszczególnych odsłon produkcji mowy być już nie może.

poniedziałek, 20 lutego 2012

CV (ze zdjęciem) + list motywacyjny


Szukanie pracy jest upokarzające. A tak dokładniej to szukanie pracy teraz jest upokarzające. Tworzenie CV, pisanie listów motywacyjnych, zamieszczanie klauzul ze zgodą na przetwarzanie danych osobowych. A tych ostatnich istnieją co najmniej trzy rodzaje, dwie ogólne odwołujące się tylko do Dziennika Ustaw oraz taka ze wskazaniem konkretnej firmy, dla której udzielamy zgody. Trzeba uważać, by pożądana przez pracodawcę wersja znalazła się na danej aplikacji, inaczej nie można ani zadzwonić, ani odpisać na maila. I tak od poniedziałku do piątku, a czasem i w soboty, każdego wieczoru trzeba zasiąść przy komputerze, przeszukać kilkanaście portali internetowych z ofertami pracy, wybrać kilkadziesiąt ogłoszeń, przygotować dokumenty, wysłać i czekać na zbawienie, bo i tak nikt nie oddzwoni. Tu tkwi paradoks. Wysyła się aplikacje wiedząc, że nikt nie oddzwoni, ale jednocześnie nie można tego zaprzestać. Kolejny paradoks to kwestia tego, że nikt nie czyta pisanych listów motywacyjnych. CV może i owszem, o ile ogłoszenie jest prawdziwe i z oczekiwaniami pracodawcy zgadza się płeć kandydata, jednak najczęściej tylko sekcję z doświadczeniem. Gdy tak przez kilka miesięcy wysyła się aplikacje, tworzy setki durnych listów, a przy tym kończą się pieniądze i nikt nie odpowiada, można łatwo popaść w depresję.

Przyznaję, że miałem dużo szczęścia. Teoretycznie pracy szukałem od sierpnia 2011, ale de facto intensywnego charakteru moje poszukiwania nabrały dopiero w połowie grudnia. Nie było dnia, abym nie wysyłał od kilkunastu do kilkudziesięciu aplikacji dziennie. Z dnia na dzień moje „wymagania” słabły, a ostatecznie wysyłałem aplikację nawet do  Makro, Tesco, Biedronki czy wszelkiego rodzaju call center. Nikt (prawie) nie oddzwaniał. Przez ponad dwa miesiące odezwano się do mnie łącznie 7 razy: raz z zaproszeniem na egzamin, trzy razy byłem na spotkaniu rekrutacyjnym i dwa na rozmowie rekrutacyjnej oraz dostałem dwa maile z odmową współpracy. Wiadomo, że rynek pracy teraz dla młodych ludzi jest bardzo nieprzyjazny. W najlepszym wypadku oferuje się osobom zaraz po studiach bezpłatny staż na 3 miesiące, a potem 1500 zł brutto na umowę zlecenie. Gdy 14 lutego otrzymałem telefon już po całym procesie rekrutacyjnym z ofertą pracy, odetchnąłem z ulgą. Chyba drugą myślą, jaka przeszła mi przez głowę, było to, że od tego dnia nie będę musiał poświęcać siły i czasu na bezsensowne wysyłanie aplikacji. Cudowne uczucie.

Znajomy stwierdził, że to wszystko wina złego zdjęcia w CV. Nie zgadzałem się, bo sam, z całym moim krytycznym podejściem do siebie i swoich zdjęć, uważam to zdjęcia za całkiem w porządku. Zrobione zostało przez przyjaciela iPhonem na szybko i specjalnie do CV. W białej koszuli, pod fioletowym krawatem i nawet z lekkim uśmiechem. Przyjaciel twierdzi, że zdjęcie musi pokazywać 60% profesjonalizmu i 40% luzu. Czy tam jakoś odwrotnie.

Uwaga praktyczna. Na rozmowach kwalifikacyjnych, o ile w ogóle do nich kiedykolwiek dochodzi, naprawdę sprawdzane jest to, czy w zainteresowaniach wpisało się prawdziwe hobby. I czasami trzeba bronić tego, że jakiś tam film z Kate Winslet dobrym filmem jest.